Pokazywanie postów oznaczonych etykietą imprezy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą imprezy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 maja 2011

No i nastąpił ciąg dalszy - co było do przewidzenia...

No to mamy ciąg dalszy sąsiedzkiej historii - dla przypomnienia: pamiętna impreza Młodego, piętro niżej z grudnia zeszłego roku, zakończona "wjazdem policji na chatę" i ucieczką gości "w popłochu" przez okna. Jakiś czas trzeba było czekać ale jednak. Co było do przewidzenia. Niedługo po całym zajściu Luke dostał wezwanie na komisariat w celu złożenia zeznań. Poszedł, powiedział co widział - czyli właściwie niewiele i myśleliśmy, że na tym sprawa się zakończy. Nic bardziej mylnego. Ostatnio miała miejsce w naszej kamienicy najprawdziwsza w świecie WIZJA LOKALNA. Z kamerzystą, fotografem, śledczymi i Młodym, który z miną przerażonego niewiniątka - zupełnie nie ten sam człowiek, który parę misięcy temu wrzeszczał na policjantów mówiąc im co o nich myśli - opowiadał jak to strasznie i brutalnie potraktoali go stróże prawa. Eh... życie jest ciężkie - zwłaszcza życie Młodego:P Jak by tego było mało - dzisiaj odwiedzili nas - a właściwie mnie bo Łukasza nie było - dwaj panowie po cywilnemu. Nie można powiedzieć, żeby byli mili - dopiero po moim stwierdzeniu, że to nie ja coś zrobiłam zmienili trochę ton. Wrrrrrrrrrrr ale mi podnieśli ciśnienie. Przepytali mnie wnikliwie o to co widzieliśmy?, gdzie?, o której?, po co?, dlaczego? i w ogóle byli jednym wielkim znakiem zapytania. Zaczynam powilii mieć doś Młodego i całej tej historii...

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Kino? Teatr? Nieee - rozrywek mamy dość bez wychodzenia z domu :P

Ostatni tydzień był męczący – praca i „nagły atak zimy” dały nam się we znaki. Tym bardziej cieszyliśmy się z nadchodzącego weekendu. Piątkowa impreza u Ottawki i Mateusza gwarantowała wspaniałą zabawę no i spotkanie z dawno (i niedawno) nie widzianymi znajomymi. Sobotę natomiast postanowiliśmy spędzić w domu na słodkim lenistwie, odpoczynku od zimy i pracy, na czytaniu książek i oglądaniu filmów – nasz plan obejmował ciszę spokój i błogie lenistwo, z kubkiem gorącej miodowo- imbirowo-malinowej herbaty z cytryną lub grzanego wina.

Zgodnie z planem piątkowa impreza udała się wspaniale. Wyszaleliśmy się do późna – tym bardziej plan leniwej soboty coraz bardziej nam się podobał. Wszystko szło jak najlepiej – książka, ciepły kocyk, cicha muzyka w tle – no nic lepszego na zimowy wieczór chyba nie da się znaleźć… Nagle sielanka się skończyła. Z dołu zaczęła dobiegać głośna muzyka i bliżej nieopisane hałasy. Impreza piętro niżej najwyraźniej zaczynała się rozkręcać. No cóż – jako, że dzień wcześniej sami dobrze się bawiliśmy... W końcu każdy ma czasem prawo do odrobiny radości w życiu, nawet jeżeli ma 17 lat i właśnie przewraca mieszkanie do góry nogami. Odłożyliśmy książki i zaczęliśmy rozmawiać – może czytać się nie da ale pogadać o głupotach zawsze można. Wprawdzie doskonale słychać – przez pozamykane okna - czego słuchają koledzy na dole, a hałas na korytarzu jest delikatnie mówiąc spory, ale co tam, jesteśmy cierpliwi i wyrozumiali. W końcu impreza to impreza.

A jednak. Nie wszyscy wykazali się taką wyrozumiałością. W końcu ktoś z sąsiadów zadzwonił na policję – może dlatego, że dzieci nie mogły spać, a może miał na rano do pracy, albo zły humor i chciał w spokoju spędzić wieczór…

Radiowóz dość szybko podjechał i policjanci zapukali do mieszkania, aby uciszyć imprezowiczów. Normalnie w takiej sytuacji wychodzi jedna osoba mówi, że oczywiście przepraszamy i że już będzie spokój. Policjanci z groźnymi minami pouczają, że następnym razem wypiszą mandat wszystkim razem i każdemu z osobna i na tym interwencja się kończy a impreza w najlepsze trwa dalej – może tylko nieco ciszej. Tak jest z reguły. Czasem jednak zdarza się „wyjątek od reguły”. NO I WŁAŚNIE TAK BYŁO TYM RAZEM.

Widząc patrol policyjny „Młody” (17-letni organizator imprezy) wraz z resztą towarzystwa zabarykadował się w mieszkaniu. Policjanci dobijali się dobre pół godziny, a kiedy w końcu udało im się wejść do środka, rozpoczęły się krzyki i wrzaski jakich nie słyszeliśmy chyba nigdy. „Młody” bez zająknięcia wywrzeszczał co myśli o „stróżach prawa i porządku” i kazał im „wyyyyyjść” (jakoś tak podobnie to brzmiało :P) z mieszkania. Po czym został obezwładniony i wyprowadzony na zewnątrz w celu (jak się okazało później) wykonania telefonu do Mamy. W międzyczasie podjechały jeszcze ze 2 radiowozy.

Przyjazd Mamy wiele nam wyjaśnił – zwróciła się ona bowiem do funkcjonariuszy podobnymi słowami jak wcześniej jej syn – no cóż widać, że miał z kogo brać przykład. Po dłuższych przepychankach słownych, część uczestników imprezy została wyprowadzona i zapakowana do radiowozów a część opuściła mieszkanie o własnych siłach. Mama natomiast rozpoczęła dochodzenie pukając po kolei do wszystkich mieszkań – no w końcu i tak nikt nie spał:P – i pytając kto śmiał wezwać policję kiedy jej syn się bawił. Kiedy w końcu znalazła „winnego” powiedziała mu co o nim myśli, dodając serię wyzwisk i była wielce oburzona, że nie przyjął „upomnienia” z pokorą, a śmiał coś odpowiedzieć… Eh…

Cała sprawa zakończyła się koło 1 w nocy… Tak właśnie minęła nasza spokojna sobota, kiedy to bez wychodzenia z domu, siedząc na kanapie, zupełnie zażenowani, nie wiedząc czy śmiać się czy płakać, mogliśmy wysłuchać epizodu „z życia naszej kamienicy”.

A żeby było śmieszniej, dzisiaj odwiedził nas przesympatyczny pan policjant, z pytaniem czy chcielibyśmy zeznawać w sądzie jako świadkowie, bo jak się okazało policja wniosła oskarżenie – przeciwko komu? Pewnie przeciwko „Młodemu” a może przeciwko „Mamie”? Nie dociekaliśmy. Na odchodnym policjant z uśmiechem stwierdził, że już dawno nie widział imprezy, gdzie uczestnicy uciekali przez okna przed policją. Dobrze, że „Młody” mieszka na parterze to nie mieli wysoko, ale i tak straty w ludziach były – złamana noga sztuk jeden (o większych stratach policjant nie słyszał).

No cóż. Kino? Teatr? Aaaa tam - nie ma to jak naprawdę dobra impreza :P Wszystkich zainteresowanych dalszymi odcinkami cyklu "z życia naszej kamienicy" zapraszamy na naszą kanapę. Niestety (a może właśnie "stety") nie jesteśmy w stanie zagwarantować kiedy i czy następne odcinki się pojawią :P :P :P

wtorek, 30 listopada 2010

Andrzejki 2010

W tym roku na Andrzejki wybraliśmy się do Karola. Wymaganiem gospodarza było, aby goście byli przebrani. Zadanie było trudne (:P) ale kreatywność uczestników okazała się ogromna. Zabawa udała się wspaniale, jedzonko było pyszne, a przeboje "wszech czasów" wybierane przez DJ Łukaszka sprawiały, że nogi same rwały się do tańca. Nie wiem tylko jak sąsiedzi to znieśli - ale trzeba im przyznać BYLI DZIELNI :D

sobota, 24 października 2009

Co się stało z pluszakiem?

Po wczorajszej imprezie u nas jeden pluszak wyglądał tak:

Rzut z przodu

Rzut z góry
Rzut z bokuA tak wygląda naprawdę

Pluszak czuł się naprawdę źle po tej imprezie, jest nie w sosie dzisiaj i cierpi bardzo.
Pytanie - KTO TO ZROBIŁ? Kto skrzywdził pluszaka?

piątek, 2 stycznia 2009

Sylwester

W tym roku Sylwestra spędziliśmy jak zwykle w Krakowie. Były tańce, przebrania, sztuczne ognie i trochę spóźnione odliczanie - mimo to Nowy Rok można było oficjalnie uznać za rozpoczęty :)



niedziela, 23 listopada 2008

Weekendowo

Kolejny tydzień za nami. I znowu jak poprzednio nie próżnowaliśmy. Po ciężkich pięciu dniach pracy nastał weekend. W piątek wybraliśmy się do Ani i Rafała. Na początku Ania przeegzaminowała nas specjalną ankietą testującą osobowość oraz płeć psychologiczną. No i tutaj muszę powiedzieć, że złamaliśmy wszelkie zasady wypełniania takich ankiet, które nie powinny być wypełniane zbiorowo, grupowo, na imprezie i po pysznych drinach dostarczanych nam na zmianę przez Anię i Rafała. Potem już zajęliśmy się tylko drinami i rozmowami na najdziwniejsze tematy. Jedynym przykrym elementem wieczoru było nieszczęście Krzysia, który po drodze na imprę najpierw się zgubił a potem miał stłuczkę już prawie na samym końcu trasy. Na szczęście nic nikomu się nie stało i Krzychu w końcu do nas dotarł.
Sobotę spędziliśmy na zakupach - mój komputer po 5 miesiącach "zepsucia" w końcu dostał nowiuteńką grafikę i DZIAŁA. Nie muszę chyba mówić jak bardzo się cieszę :D Wieczorem natomiast wybraliśmy się z Arkiem, Kubaxem i Kate na bilard. Szło nam różnie, raz lepiej raz gorzej. No dobra częściej gorzej :P Cóż mistrzami bilarda nie jesteśmy ;) Później poszliśmy na piwo i tu już szanse się wyrównały. W konkurencji "Picie piwa przez słomkę na czas" zespół w składzie Łukasz Arek no i ja zdecydowanie wyprzedził Kate & Kubax Team. Za to Kate okazała się niezwyciężona w pakowaniu Ariusia w śnieg (który właśnie tego dnia spadł po raz pierwszy w tym roku!). W potyczce Aruś vs Kate zdecydowanie 0:1 :P Wielkim nieobecnym okazał się natomiast Michał, który mimo naszych usilnych zaproszeń - tak, tak Łukasz długo wołał go pod oknem akademika - nie pojawił się i odwiedził nas dopiero dzisiaj:)
No a dzisiaj stworzyłyśmy z Ottawką nasze największe dzieło - dotychczas oczywiście, ponieważ planów mamy jeszcze sporo;) W końcu udało nam się obić pufy! Wyszły piękne i wspaniałe! Zdecydowanie jak kiedyś znudzi nam się bycie informatykiem (albo informatyczką - jak kto woli :P), możemy zająć się tapicerowaniem mebli :D A oto nasze wspaniałe dzieło:

wtorek, 8 lipca 2008

Co sie dzieje na tym świece - my MAGISTRAMI INżYNIERAMI :D

No to udało mi się włączyć komputer:) Teraz już nie muszę robić tego codziennie:) Teraz w ogóle nie muszę tego robić – no chyba, że mam ochotę pobuszować na naszej klasie albo poczytać artykuły na Gazecie albo pogadać na gg… nieeeeeeee na to nie mam ochoty – lepiej na żywo:D No w każdym razie dni kiedy spędzaliśmy przy klawiaturze po 19 godzin odeszły bezpowrotnie gdyż od piątku obydwoje z Łukaszem jesteśmy MAGISTRAMI INŻYNIERAMI:D Tak, tak:D W końcu nam się udało:D Trzy piękne obrony (bronił się z nami Genek) i jesteśmy wolni:D W piątek wieczorem spełniliśmy swoje magisterskie obowiązki – grill na miasteczku mimo deszczu, wiatru i ogólnie paskudnej pogody udał się wspaniale. Udało nam się pozbyć całego naszego dorobku w postaci kolokwiów z „Baz danych”, „Baz danych II” i „Języków formalnych”, które specjalnie na tę okazję zostały przyniesione przez mojego promotora:) Każdy miał szansę osobiści spalić w grill’owym ogniu swoje własne wypociny…
W sobotę natomiast po południu postanowiliśmy wybrać się do domu i pochwalić osobiście naszym wspaniałym sukcesem. Wzięliśmy ze sobą oczywiście nasze prace (żeby były dowody rzeczowe;) i magistersko-inżynierskie kaski, które dzień wcześniej dostaliśmy od Jurka i Asi. No i trzeba przyznać, że kaski zrobiły furorę zarówno w domu jak i na grillu dzień wcześniej;)
Weekend upłynął nam więc bardzo miło na leniuchowaniu i nic nie robieniu:) Opychaliśmy się dobrymi rzeczami przygotowanymi przez mamę a poza tym malinami i czereśniami, których zjedliśmy ogromne ilości;) I aż żal było wracać do Krakowa i do pracy…
Eh i nadal nie dociera do mnie, że po przyjściu z pracy nic już nie muszę robić… W każdym razie już oficjalnie i bezdyskusyjnie zakończyliśmy ostatni etap naszej edukacji i w końcu możemy się bezkarnie nudzić - przynajmniej przez jakiś czas:D


Wszystkim którzy choć w najmniejszym stopniu przyczynili się do naszego sukcesu bardzo dziękujemy :)

piątek, 23 maja 2008

Od poniedziałku do piątku i jeszcze weekend :)

No i znowu zanim zdążyliśmy się obejrzeć jest piątek. Tydzień minął nam trochę na pracy, trochę na przyjemnościach no i trochę na zakupach. W sobotę bardzo spontanicznie, bo w ciągu godziny umówiliśmy się na spotkanie z ludźmi z roku. Mimo całkowitej spontaniczności i krótkiego czasu na decyzję frekwencja dopisała i wieczór spędziliśmy bardzo miło - na początku w Re, a potem oczywiście na Chopina:)
We wtorek natomiast zrobiliśmy niespodziankę mojemu młodszemu starszemu bratu i Krecikowi (współlokator Jurka), którzy zdecydowanie postarzeli się w ciągu ostatnich dni :P Asia się spisała, niespodzianka się udała, pokój pękał w szwach, tort był wspaniały (biorąc pod uwagę, że był pieczony w akademiku, to już w ogóle mistrzostwo), drinki smakowały pysznie a chłopakom spodobały się prezenty – swoją drogą bardzo oryginalne :P Tak więc przyjęcie niespodzinkowe okazało się pełnym sukcesem :D

Spotkanie miało również charakter symboliczny. Początek i koniec czyli pierwszy i piąty rok InfStosu razem :D A na dokładkę - solenizanci ;)



"Krecik Kopikopczyk" czyli Krecik i jego nowa koszulka:D



Miśkowi prezenty zdecydowanie się spodobały:P Chyba wiadomo co dostanie na następne urodziny :P



No i na koniec my i gospodarze :P


A po resztę zdjęć proszę się zgłosić osobiście:D


Miłym przerywnikiem w pracy były też poniedziałkowe zakupy z Baśką (a jakie dobre ciastka dostałam :D ) i wczorajsze spotkanie z kolegami Łukasza.
Poza tymi przyjemnościami oczywiście cały tydzień wypełniła nam ciężka praca. Łukaszowi w pracy a mnie w tym tygodniu wyjątkowo w domu, żeby nadgonić magisterskie zaległości, dzięki czemu powstał kolejny, dość spory fragment tekstu oraz kawałek programu, zbliżające mnie do zostania panią magister :P
No a dzisiaj dokonaliśmy wielkich zakupów czyli moich butów (nie ślubnych:P ) i w końcu po wielu godzinach poszukiwań i zwiedzeniu chyba wszystkich sklepów z „Modą Męską” w Krakowie – Łukaszowego garnituru :) No i jeszcze wybraliśmy buty, ale tu trzeba już poczekać na odpowiedni rozmiar :P Tak więc tydzień mieliśmy bardzo owocny i pracowity :P


sobota, 12 kwietnia 2008

Nasi nowi sąsiedzi :)

Ten weekend - podobnie jak wszystkie ;)- spędzamy bardzo pracowicie. Wczoraj powitaliśmy Arusia i Jacka w sąsiedztwie i jak stara tradycja nakazuje oficjalnie "ochrzciliśmy" mieszkanie czyli mówiąc wprost - byliśmy na PARAPETÓWIE:) Impreza była bardzo udana, jedzenie pyszne a Jacek dbał, żeby napojów nikomu nie brakowało. A napoje... no cóż, akademikowa cytrynówka mówi sama za siebie;) Tłumy gości dopisały i szczerze mówiąc ciężko by było upchnąć więcej osób na takiej powierzchni - a mieszkanie jest całkiem spore. Była przemowa gospodarzy, tańce i "małe" karaoke, a "Wehikuł czasu" słychać było chyba w całym Krakowie.
Po odśpiewaniu jeszcze kilku hitów, a także dzięki bardzo przekonywującym namowom panów z policji, którzy nie chcieli się dać zaprosić do wspólnej zabawy, całe towarzystwo pod wodzą Arusia przeniosło się na miasteczko, gdzie można było szaleć do woli, pohuśtać się na huśtawkach albo zrobić zamek z piasku w piaskownicy:P Po tych szaleństwach mieliśmy jeszcze na tyle siły, żeby skorzystać z ciepłego wieczoru (a właściwie nocy) i odprowadzić Mateusza i Ottawkę do domu w ramach spaceru, a przy okazji omówić szczegóły dzisiejszej wyprawy do IKEI:)
Dzisiaj natomiast zrealizowaliśmy nasz wczorajszy plan w związku z czym Ottawka i Mateusz wybrali sofę a ja mam nowy fotel:D Niestety małe niedopatrzenie sprawiło, że zamiast czarnego przywieźliśmy biały... No cóż, jutro trzeba będzie go wymienić, a przy okazji kupimy nowy stół;) Eh, czasem dobrze czegoś niedopatrzeć - zawsze można odwiedzić sklep jeszcze raz;)
No a na koniec dodam jeszcze, że zapraszamy wszystkich bardzo serdecznie w nasze okolice - mieszkanka są ładne, do centrum dwa kroki, no i jakie sąsiedztwo ;D

wtorek, 18 marca 2008

Lu :)

No i kolejny tydzień się rozpoczął. A muszę przyznać, że poprzedni zakończył się wesoło. W weekend byliśmy w Lubomierzu, gdzie zostaliśmy zaproszeni przez Anię. Wprawdzie początkowo postanowiliśmy nie jechać i popracować trochę nad naszymi magisterkami, ale jako że prawie cała sobota zeszła mi na wiosennych porządkach(teraz całe mieszkanie już lśni i błyszczy;), a Łukaszowi na przygotowywaniu pysznego obiadu na nadchodzący tydzień okazało się, że kolo 16 byliśmy już tak zmęczeni, że piękny plan pracy poszedł w niepamięć i zaczęliśmy się zastanawiać kogo by tu pomęczyć i wyciągnąć na coś dobrego;) I właśnie wtedy zadzwonił Tomek z informacją, że wybiera się do Lubomierza i za godzinę może po nas przyjechać. 15 minut wystarczyło na spakowanie wszystkich niezbędnych rzeczy i byliśmy gotowi:) Niestety Łukasz i Tomek nie dogadali się i zabraliśmy tylko jeden śpiwór -Łukasz myślał, iż Tomek kierując się głęboką troską o niego przypomina mu o zabraniu śpiworka. Niestety Tomek mówił o śpiworku dla siebie:P Ech chłopaki:P A noc była naprawdę zimna! Jednak dzięki pewnym sprawdzonym sposobom, przytulaniu oraz rozpalonemu na kominku ogniowi, udało się jakoś przetrwać te ciężkie chwile. Tak więc wieczór upłynął nam bardzo miło i bardzo szybko, a gra w "Pictionary" po raz kolejny okazała się niezastąpiona:) W niedzielę można było już tylko "broić", w czym niekwestionowanym mistrzem był Maciek:P Tak więc wyjazd można zaliczyć do udanych, a jako że był to mój pierwszy "wypad do Lu" muszę powiedzieć, że okolica jest piękna, cicha i spokojna - idealna do wypoczynku i lenistwa:)


Ha i oczywiście nie mogę nas nie pochwalić! W piątek rozegraliśmy pierwszy rewanż w bilarda z Jurkami i tym razem było 2:4, więc o całe 2 lepiej niż ostatnio:P A przy następnym rewanżu będzie jeszcze lepiej i w końcu kiedyś wygramy;P Na razie "rispekt" dla mistrzów;)

wtorek, 1 stycznia 2008

Sylwester 2007

Był lekarz, pracownik budowlany, karateka, mała dziewczynka, 20-lecie międzywojenne, moon-girl i jeszcze kilka innych ściślej nieokreślonych.To wszystko pod czujnym okiem Ewki :












A w Nowym Roku życzymy wszystkim, by mieli jak najwięcej powodów do takiego uśmiechu, jak ten oto - uśmiech mojej narzeczonej :)



poniedziałek, 10 grudnia 2007

Sylwestrowe plany

Wygląda na to, że z grubsza już zostało ustalone to co najważniejsze, czyli miejsce. Oby wszystko wypaliło. W każdym razie dzięki Ewce sylwester najprawdopodobniej odbędzie się na Woli. Dzięki Ewka ;) Trzeba będzie jeszcze ustalić, czy w tym roku robimy imprezę w jakimś stylu. Oby było co najmniej tak oryginalnie, jak rok temu. Chociaż ciężko będzie przebić oryginalności ostatniego - chociażby ze względu na termin - rok temu odbył się dzień przed :P A tak było rok temu:


Jak widać impreza odbyła się u nas w stylu lat 70-tych łącznie z muzyką. Było całkiem sympatycznie:


A nad wszystkim czuwał dostojny pan domu:


Oby w tym roku było co najmniej tak dobrze, jak rok temu :)

sobota, 13 października 2007

Impreza zaręczynowa

Wczoraj odbyła się u nas impreza poniekąd związana trochę z naszymi zaręczynami o których chyba już wszyscy wiedzą. Z tej okazji zaprosiliśmy trochę osób od nas z roku i dostaliśmy nawet ładne prezenty. Dwóch już wprawdzie nie ma, ale za to uczestnicy imprezy mieli okazje wypróbowania tychże. No a zestaw kieliszków napewno nam się przyda :) Oczywiście nie obyło się bez rozmowy na temat, z której jeden wniosek podstawowy wypłynął - w razie potrzeby mam wezwać pomoc - mam na to jeszcze niecały rok, potem pomoc już nie nadejdzie. Generalnie impreza była udana, naleśniki o 3 w nocy smakują co najmniej tak samo jak w ciągu dnia, miód pitny półtorak w doborowym towarzystwie smakuje jeszcze lepiej, czytanie mocno zmrożonego Pana Tadeusza zachęca do dalszych rozmów nocnych, a o 2 w nocy nie da się zamówić pizzy w Krakowie :) Dzięki wszystkim za przybycie, mam nadzieję, że już niedługo (pewnie początkiem listopada) zrobimy małą powtórkę. Pamiętać wtedy trzeba będzie o wydrukowaniu "planszówki" i zaopatrzeniu się odpowiednio :) Narazie minąły dopiero 2 tygodnie studiów, a już mamy na koncie 2 udane imprezy, oby tak dalej!
A tak było wczoraj:


Raport z imprezy:
- drugie miejsce Przemek - godz. 4:50 nad ranem
- pierwsze miejsce Arek - około 12 powstał z martwych i ruszył w kierunku akademików
- pozostała jedna niewypita bania - właściciela prosimy o szybkie zgłoszenie się (ja i tak wiem, kto jest jej właścicielem :) )

poniedziałek, 8 października 2007

Tydzień bez tchu

Dzisiaj pierwsze zaczerpnięcie powietrza od kilku dni. Nareszcie mogę usiąść przy swoim biurku dłużej niż na minutę i zrobić coś więcej, niż sprawdzić rozkład jazdy autobusów i tramwajów. Głównymi sprawcami nagłej zmiany trybu życia codziennego są moja mama i Mateusz, którzy nie pozwalają nam się nudzić. Ponadto z wielkim hukiem i pompą rozpoczęliśmy nasz ostatni rok studiów, przychodząc na zajęcia, jak na porządnych studentów przystało od rana do wieczora i jak to było do przewidzenia wykładowcy stanęli na wysokości zadania - odbyły się słownie jedne ćwiczenia. W drugi dzień zajęć było jeszcze huczniej i weselej - odbyło się zero zajęć. Także wszystko w normie. Różnica pomiędzy wakacjami, a rokiem akademickim nie jest wcale taka oczywista - pierwsze to pogoda, a drugie to zatłoczone studentami ulice Krakowa. Poza tym nic się praktycznie nie zmieniło.
W piątek odbyła się impreza w akademiku, na którą przybyło około 20 osób w tym my :) Jedno co zapamiętam z tej imprezy to "can crusher" - Mateusz wie o co chodzi :P W każdym razie jako jeden z nielicznych miałem wątpliwą przyjemność znaleźć się pomiędzy puszką i czyjąś głową. Nie polecam! No i tak rozpoczął się nasz maraton weekendowy, który nieprzerwanie trwał do wieczoru niedzielnego.
No i wreszcie sobota - ślub mojego wujka - Michała i Gabrysi. Kościół Franciszkanów w Krakowie - piękne miejsce na ślub. Jak ktoś jeszcze tam przypadkiem nie był, a mieszka w Krakowie to niech się nie przyznaje :) Generalnie ślub był piękny, a wesele w Restauracji u Pollera świetne. Jak narazie najlepszy ślub na jakim byliśmy. Niezapomniane było również przejście z Franciszkańskiej przez Bracką, Rynek aż pod Teatr Słowackiego przez państwo młodych i gości. Przez pół godziny byliśmy największą atrakcją w okolicy.
Natomiast wesele, jak to wesele trwało do rana, a my byliśmy ostatnimi gośćmi, którzy opuszczali salę. Jednym z najbardziej oryginalnych był ksiądz franciszkanin - kuzyn Gabrysi, który też udzielał jej ślubu. Dzięki temu sama ceremonia zaślubin była bardzo osobista i oryginalna.
Na drugi dzień wstaliśmy dosyć wcześnie, bo o 14 :P Pierwszą informacją, jaką otrzymałem po otworzeniu oczu było zaproszenie od Michała na poprawiny u nich w domu... No to trzeba było jechać :) Niestety cud nie nastąpił i o dziwo nie wstałem jak nowo narodzony. Nie czułem się też jak młody bóg... Na szczęście na poprawinach można było wybrać lżejszą opcję dla mięczaków, czyli wino, co nie znaczy, że było go mało :) Całość zakończyła się wieczorem w niedzielę, ale skutki weekendowego maratonu odczuwalne były dzisiaj w pracy, co nie wpłynęło pozytywnie na moją wydajność. I tak tydzień bez tchu minął nam jak jeden dzień.

Wszystkiego najlepszego dla młodej pary :)


czwartek, 27 września 2007

Dzień za dniem...

Ten tydzień podobnie jak poprzednie minął nam bardzo szybko - właściwie to jeszcze nie minął ale jako, że jutro wybieramy się do mnie do domu traktuje dzisiejszy wieczór jako pierwszy wieczór weekendu:)
Już w poniedziałek na dobry początek udało nam się z Ottawką pobuszować trochę po sklepach - dobrze ze fundusz kredytowy "Ottawka" działa - bo Mateusz jeszcze długo by się śmiał z mojego zostawionego w domu portfela. Oczywiście kupiłyśmy same niezbędne rzeczy - np. ząbkowane nożyczki do cięcia filcu;) W tym samym czasie Łukasz bardzo szczęśliwy, że tym razem nie musi zwiedzać ze mną "dziewczynkowych" sklepów objechał rowerem cały Kraków i okolicę.
We wtorek natomiast postawiliśmy na zwiedzanie i obejrzeliśmy nowe mieszkanie kolegów - Maćka i Tomka - którzy po długich poszukiwaniach znaleźli w końcu własny kąt:P Muszę przyznać, że mieszkanie jest ładne a pierwsza próba wytrzymałości sąsiadów na hałasy zakończyła się sukcesem - są wytrzymali:D
Trzeba przyznać, że wciągu ostatnich dni zrobiliśmy całe mnóstwo mniej lub bardziej pożytecznych ale za to bardzo przyjemnych rzeczy - między innymi nakarmiliśmy Mateusza specjalną jajecznicą i zostaliśmy nakarmini przepysznymi marynowanymi grzybkami z zeszłorocznych tęczyńskich zbiorów, ja przygotowałam antyramę ze zdjęciami i dostałam wpis z sejsmologii a Łukasz był ze mnie dumny;)
A dzisiaj wybieramy się do kina na film, o jednym z najboleśniejszych wydarzeń polskiej historii, który powinien obejrzeć każdy - "Katyń" Andrzeja Wajdy...

niedziela, 16 września 2007

Grzybobranie w Tenczynie

Weekend spędziliśmy w domku Oktawii. Zacznę od tego, że ów domek, to nie byle jaki domek. Zawiera w sobie wszystko to co powinien zawierać prawdziwy drewniany dom położony na zboczu góry i stanowi idealny punkt wypadowy na grzyby :) Dokładnie rok temu byliśmy tam z Mateuszem i Oktawią i wtedy to wybraliśmy się na Luboń Wielki, a przy okazji także na grzyby, których nazbieraliśmy ilości przewidziane chyba dla pułku wojska. W tym roku wypad okazał sie także owocny, a w zbieraniu pomagali nam Joanna z Grodkiem. W trakcie zbierania udało mi się uchwycić salamandrę plamistą, a także żerującego żbika lubońskiego, ale zdjęcie nie nadawało się raczej do umieszczenia go na blogu :P Później przyjechali do nas Rafał z Anią i Przemek. Wieczorem zrobiliśmy sobie ognisko i dowiedzieliśmy się wielu ciekawych rzeczy na temat przygotowań do ślubu i wesela. O dziwo najbardziej zainteresowany tematem okazał się Przemek :) W każdym razie historia zaręczyn Rafała oraz jego "pierściona" okazała się hitem wieczoru :P Przemek stawił się na wysokości zadania i poczęstował wszystkich swoim domowej roboty specjałem, którego mam nadzieję jeszcze kiedyś spróbuję, bo był naprawdę dobry :)
Generalnie było świetnie, odpoczęliśmy od Krakowa, Kraków odpoczął od nas, a przez najbliższy tydzień nasza kuchnia będzie przesiąknięta zapachem suszonych grzybów... Dzięki Oktawia! :)

Tutaj można znaleźć zdjęcia z wyjazdu:
http://picasaweb.google.com/lchlebda/Tenczyn2007

poniedziałek, 10 września 2007

Deszczowo i towarzysko

Niestety ostatnio pogoda nas nie rozpieszcza - mniej więcej od dwóch tygodni pada, jest zimno i szaro. W tym stanie rzeczy odpadają wszelkie gry i zabawy na zewnątrz, takie jak jazda na rowerze. Chodząc do pracy należy być zaopatrzonym w strój płetwonurka, płetwy, rurka konieczne zwłaszcza przy większych zagłębieniach przy chodnikach. Deszczu w ostatnim tygodniu spadło wystarczająco, żeby ogłosić stan przeciwpowodziowy w Krakowie, także w dobrym tonie jest mieć również kajak. Z nadzieją wciąż patrzę na prognozy pogody, jednak ta postanowiła chyba wpasować się nieco w klimat moherowego rządu i z niezwykłą konsekwencją realizuje plan bagna dla Polski. Wody już w każdym razie wystarczy.
Jednak mimo ciągle padającego deszczu ostatni tydzień okazał się niezwykle udany towarzysko. We wtorek zostaliśmy odwiedzeni przez Joannę, w środę godnie przyjął nas Arek, w czwartek zostaliśmy zaproszeni na imprezę powitalną kuzynki Ani Baśki i jej narzeczonego - Tomka, którzy wrócili ze Stanów po 3 miesięcznym pobycie. Było bardzo sympatycznie, powspominaliśmy trochę licealne czasy z Tomkiem, by wreszcie o 3 nad ranem wrócić w strugach deszczu do domu. W piątek gośćmi naszymi byli Mateusz o Oktawia, którzy poczęstowali nas porcją prawie 1000 zdjęć prosto z olśniewającej Islandii. W sobotę urządziliśmy sobie wieczór kibica z moimi znajomymi, czyli z tzw. 'ekipą' i mocno przeżywaliśmy niezwykle udany dla Polaków mecz z Portugalią (wynik 2:2). Natomiast dziś przyjechali do nas Jurek z Aśką, których przygarnęliśmy na ten tydzień, ze względu na ich egzaminy. Jak widać życie towarzyskie na ulicy Konarskiego kwitnie i to nawet pomimo brzydkiej pogody :)
Ponadto od tego tygodnia mam także nowego przyjaciela - jest nim nowiutki T60 - prosto z fabryki, którego mogę głaskać, przytulać i słuchać jak pomrukuje :) A to wszystko dzięki Baśce i Tomkowi, którzy przywieźli mi go ze sobą. Jeszcze raz dziękuję :) Oczywiście nie ma mowy o jakimkolwiek wywłaszczeniu Ani. System kolejkowy laptop-Ania-lodówka-łóżko-gitara został już przeze mnie zaimplementowany i jak narazie sprawuje się nieźle. Oby tylko laptop nie przejmował sekcji krytycznej z gitarą bo wtedy może dojść do zakleszczenia, nie mówiąc już o drodze pomiędzy laptopem a lodówką. W każdym razie laptop powinien obronić się sam - w końcu to ThinkPad :)