Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 października 2010

Cud, a jednak nie cud?

Jesień. Za oknem szaro buro i ponuro. Nie ma jak ciepła herbata i radio z jakąś „ciepłą” muzyką tak, żeby dało się przetrwać dzień do wyjścia z pracy. Właśnie taką taktykę przyjęłam dzisiaj. Radio ma jednak to do siebie, że od czasu do czasu – średnio raz na godzinę - prezentuje najnowsze wiadomości z kraju i ze świata. Jakież było moje zdumienie, kiedy usłyszałam, o liście biskupów do parlamentarzystów, w którym przestrzegali przed zgubnymi skutkami invitro. Nie żebym nie znała stanowiska kościoła w tej kwestii, jednak sposób, w jaki usiłuje on przeforsować „jedynie słuszne” wydawać by się mogło poglądy po prostu mnie przeraził.

Po pierwsze, dlatego że Polska nie jest państwem wyznaniowym. Jeżeli medycyna stwarza możliwość pomocy parom, które z różnych względów nie mogą mieć dzieci w sposób naturalny, państwo powinno dać możliwość korzystania z tej pomocy wszystkim – nie tylko zamożnym, których stać na wykonanie zabiegu na własną rękę. Po drugie uważam za niedopuszczalne stwierdzenie, iż dzieci urodzone w wyniku invitro są „gorsze” niż dzieci poczęte metodą naturalną. Wcześniaki, wady genetyczne, powikłania poporodowe zdarzają się również wśród dzieci poczętych naturalnie. Zastanawia mnie też, czy biskupi pisząc swój list wzięli pod uwagę, że za pomocą metody sztucznego zapłodnienia przyszło na świat ponad milion dzieci – ile w Polsce nie wiadomo dokładnie, nie zmienia to jednak faktu, że część z nich jest już na tyle dorosła i świadoma, że może po przeczytaniu tego listu poczuć się ludźmi „gorszej kategorii” – czy aby na pewno tego uczy Chrystus mówiąc „Miłuj bliźniego swego…”. Czy dostojnicy kościelni wzięli pod uwagę pisząc to, co napisali, że tym samym piętnują ludzi, którzy decydują się na taką właśnie metodę walki o własne dziecko? Czy któryś z nich zastanowił się nad tym, czym naprawdę jest problem bezpłodności? Czy osoby potępiające tę metodę jako niemoralną zastanawiają się ile musi przejść para zanim faktycznie do takiego zabiegu dojdzie? Miesiące a czasem lata starań, leczenie (bo przecież nikt nie kwalifikuje do zabiegu ot tak, bo ktoś ma kaprys) no i przede wszystkim obciążenie psychiczne. Jak czuje się mężczyzna, który słyszy, że niestety dzieci to on miał nie będzie? Jak czuje się para, która co chwilę od rodziny i znajomych słyszy „Zróbcie sobie dzidziusia” (pomijam złośliwe komentarze w stylu „Co nie możecie?”, mówię raczej o tych nieświadomych, bo przecież mało kto pomyśli, że może oni się jednak o to dziecko starają – warto wziąć pod uwagę, że bezpłodność nie jest problemem, o którym chciało by się informować wszystkich wokół). Moim zdaniem determinacja, która pozwala przetrwać i pokonać te wszystkie przeciwności nie zasługuje na publiczne napiętnowanie i to ze strony osób, które nigdy nie miały do czynienia z takimi problemami. Łatwo jest krytykować – ciężej samemu być w takie sytuacji.

Nie odbieram kościołowi prawa do głoszenia własnej opinii w tej kwestii, jednak uważam, iż po to Bóg dał ludziom sumienie i wolną wolę, żeby o pewnych rzeczach mogli rozstrzygnąć sami. Osoby wierzące, które nie będą chciały z tej metody skorzystać na pewno z niej nie skorzystają – nic na siłę – jednak nie każmy wszystkim podporządkowywać się wyznawanym przez nas wartościom. Może kościół zamiast straszyć „wykluczeniem ze wspólnoty wierzących” ludzi, którzy otwarcie przedstawią swoje poglądy i zajmować się dziećmi, których jeszcze nie ma (a których przyjście na świat wbrew temu, co zdają się sugerować niektórzy hierarchowie jest najważniejszym i najbardziej oczekiwanym zdarzeniem w życiu rodziny) powinien pomyśleć o dzieciach które już są, a rodzony w których przyszły na świat nie są w stanie zapewnić im godnych warunków życia, ani nawet minimum miłości (której oczekiwanym czasem przez lata dzieciom „z próbówki” zapewne nie braknie – choć wiadomo różnie w życiu bywa więc nie ma co generalizować).Czy naprawdę o to chodzi żeby mówić „rozmnażajcie się” ludziom, którzy w naturalny sposób są w stanie mieć nawet dziesięcioro dzieci i żadnemu z nich nie zapewnić godnych warunków życia, a problem dostrzec dopiero wtedy gdy dojdzie do tragedii. Dlaczego odmawiać prawa do posiadania potomstwa ludziom, dla których narodziny dziecka będą prawdziwym cudem?

Każdy ma pewnie swój pogląd w tej kwestii. Ja jestem zbulwersowana sposobem, w jaki prowadzona jest dyskusja w tej jakże delikatnej sprawie.


niedziela, 11 kwietnia 2010

poniedziałek, 8 grudnia 2008

Ważne dyskusje o ważnych sprawach

Od jakiegoś już czasu w Polsce trwa dyskusja na temat wcześniejszych emerytur oraz różnego typu przywilejów, które poszczególne grupy społeczne miały, mają albo chciałyby mieć. Przywilejów tych jest całkiem sporo, osób do nich uprawnionych również. Ja osobiście muszę przyznać, że zarówno liczba wszelkiego typu świadczeń jak i osób uprawnionych do ich pobierania jest dla mnie oszałamiająca. Oczywiście zrozumiałym jest, że osoby pracujące w ciężkich warunkach, narażone na utratę zdrowia w pracy powinny mieć dodatkowe przywileje, wyższe wynagrodzenia czy krótszy czas pracy. Naturalnym jest więc dla mnie, że górnik pracujący w kopalni na dole będzie przechodził na wcześniejszą emeryturę. Nie mam również zastrzeżeń co do wcześniejszych emerytur dla nauczycieli (może dlatego, że znam dokładnie "tajniki" tego zawodu). Nie każdy w końcu wziąłby na siebie odpowiedzialność opieki i wychowania, często rozpuszczonych do granic możliwości dzieci (a czasem co gorsza również ich rodziców). Bo przecież od szkoły wymaga się nie tylko by uczyła ale również wychowywała. Oczywistym jest również, że 60 letnia pielęgniarka może mieć problem z opieką nad obłożnie chorymi pacjentami, wymagającymi ciągłej uwagi. Nie mam też zastrzeżeń, by pracujący w ciężkich warunkach spawacze, hutnicy, górnicy czy kolejarze mieli prawo do krótszego czasu pracy. Jak jednak odnieść się do tego, że w takim samym stopniu uprawniona do wszelkiego typu świadczeń jest pani pracująca w administracji kopalni? I w czym jej praca jest cięższa i bardziej szkodliwa od pracy osoby zatrudnionej w sekretariacie jakiejkolwiek innej firmy?
Nieco inną sprawą są przywileje dotyczące takich grup społecznych jak górnicy, energetycy i kolejarze. Mam na myśli przydziały węgla dla górników, gazu dla pracowników zakładów gazowniczych, energii elektrycznej dla pracowników zakładów energetycznych czy też darmowe przejazdy dla pracowników kolei i ich rodzin. Takich przywilejów jest wiele i przyznam szczerze, że ciężko mi je zrozumieć. Bo czy to nie oznacza, że lekarze powinni dostawać darmowe leki, dzieci nauczycieli nieodpłatne podręczniki, a dajmy na to informatycy mieć prawo do darmowych komputerów? W końcu każda z grup zawodowych wytwarza jakieś dobra więc zgodnie z takim podejściem powinna mieć prawo dostawać coś za darmo...
Jak w końcu kwestia świadczeń i przywilejów odnosi się do zasad ekonomii. Potrafię zrozumieć, że pracownicy przynoszącego zyski przedsiębiorstwa dostają premię. Jak to jest natomiast w przypadku firm przynoszących straty? Oczywiście nie należy generalizować, jednak w dużym stopniu przedsiębiorstwa, których pracownicy domagają się niekończących się przywilejów, przedsiębiorstwami dochodowymi nie są. Wszytko byłoby w porządku, gdyby to były firmy prywatne, których właściciele mając dobre serca wypłacaliby swoim pracownikom premie, niezależnie od sytuacji finansowej przedsiębiorstwa. Jednak firmy o których mowa należą do sektora państwowego, a nawet jeżeli po części zostały sprywatyzowane, to ich pracownicy świadczeń domagają się od państwa. Dlaczego więc społeczeństwo ma, mówiąc wprost zrzucać się na przywileje jednych a nie innych. Dlaczego nie wprowadzić przywilejów dla informatyków, geodetów, sklepikarzy czy stolarzy? Ciężko oprzeć się wrażeniu, że te wywodzące się z poprzedniej epoki pozostałości, specjalnie sprawiedliwe nie są. Ciężko też, przysłuchiwać się dyskusji na ich temat zwłaszcza, że bardzo często zamiast merytorycznej rozmowy i wymiany argumentów oglądać można żenujące przedstawienia i groźby użycia siły. Przerażające jest to zwłaszcza dlatego, że to ludzie tacy jak my, którzy właśnie zaczynają pracować będą musieli uporać się z problemem jaki już w niedalekiej przyszłości stanowić będzie zagwarantowanie środków na wszelkiego typu przywileje zawodowe.
Na koniec chciałabym zaznaczyć, że nie jestem przeciwnikiem świadczeń socjalnych i przywilejów zawodowych. Uważam jedynie, że podobnie jak do wszystkiego również do tej sprawy, należy podejść rozsądnie biorąc pod uwagę rzeczywiste warunki pracy i zagrożenie zdrowia z nimi związane (bo to w końcu ma być podstawą świadczeń). W końcu od uchwalenia ustaw gwarantujący poszczególnym grupom zawodowym określone świadczenia minęło wiele lat, w ciągu których zmienił sie zarówno ustrój państwa jak i warunki pracy. Siła poszczególnych związków zawodowych i groźby demonstracji nie powinny być najważniejszymi argumentami w dyskusji o tak ważnych społecznie kwestiach.


piątek, 5 września 2008

Zapracowani 2

Od poprzedniego wpisu minął już ponad miesiąc, a jego temat nie stracił ani trochę na aktualności. No i muszę powiedzieć, że chociaż jeszcze nie wszystko, to już sporo rzeczy udało się zrobić. Pierwsza część generalnego remontu zakończyła się powodzeniem. Zdobyliśmy trochę doświadczenia, tak że jak za trzy lata będziemy robić remont własnego mieszkanka (wprowadzamy plan trzyletni;) ) to już dużo rzeczy będziemy wiedzieć i niewiele będzie w stanie nas zaskoczyć. Przede wszystkim – co jest przykre – okazuje się, że ekipie remontowej trzeba patrzeć na ręce niezależnie od tego jak dobrze pracuje. Nasi panowie, którzy przez większą część czasu radzili sobie bardzo dobrze, a montowanie grzejników, układanie kafelek i cała reszta szła im sprawnie, na koniec bardzo nas rozczarowali. Chcąc skończyć w terminie przyspieszyli pracę, co nie do końca korzystnie odbiło się na jakości wykonania. No cóż, człowiek uczy się całe życie, więc następnym razem będziemy wiedzieć, że nad panami remontującymi trzeba stać i patrzeć im na ręce… Niestety. Tak czy inaczej, ta część remontu już za nami. Teraz zostało cyklinowanie, wymiana okien i malowanie ale to już po naszym wielkim dniu;) Teraz nie mamy czasu i marzymy już tylko o podróży poślubnej (chociaż jeszcze nie wiemy gdzie pojedziemy :) ) i o odpoczywaniu. Jednak ciężko jest robić remont jednocześnie pracując i organizując ślub:/

A przygotowania do ślubu idą pełną parą. Dzisiaj podobnie jak co tydzień jedziemy do Jasła - będziemy wybierać potrawy i ciasta a także wino i inne napoje;) Moja sukienka jest już prawie uszyta, buty udało się kupić i umówić wizytę u fryzjera i kosmetyczki. Poćwiczyliśmy już nawet pierwszy taniec. Na szczęście mamy tyle zajęć, że jeszcze nie zdążyliśmy się zacząć stresować. Miejmy nadzieję, że tak nam zostanie do samego końca:)

Wydarzeń polityczno - ogólnoświatowych ostatniego miesiąca było trochę. Można nawet powiedzieć, że był to burzliwy miesiąc. Tak więc olimpijski spokój nie opanował świata wraz z rozpoczęciem igrzysk w Pekinie, co nas specjalnie nie zaskoczyło. Zachowanie Rosji wykorzystującej moment, gdy oczy świata, zwrócone są w nieco innym kierunku, niż ona sama, też specjalnym zaskoczeniem nie jest. Nie pierwszy to raz i zapewne nie ostatni. Nie zaskoczyła nas również reakcja „starej” Unii na wydarzenia w Gruzji. No cóż, zbyt dużo interesów ma Unia na wschodzie, a taki drobiazg jak importowany z Rosji gaz skutecznie paraliżuje jakiekolwiek reakcje zachodnich polityków. Szkoda tylko, że w najmniejszym stopniu nie biorą oni pod uwagę zdecydowanej postawy państw, które z Rosją miały więcej do czynienia, nie koniecznie z własnej woli i inicjatywy. Tak więc na tym polu również nie zostaliśmy zaskoczeni. A wracając na własne podwórko - jak zawsze sukces ma wielu ojców. Tak więc odpowiedzialnych za sukces negocjacji w sprawie tarczy antyrakietowej (chociaż tak naprawdę nie do końca wiadomo co w tym wypadku słowo „sukces” oznacza) mamy całe tłumy. Za to do odpowiedzialności za niekorzystną sytuację w stoczniach nikt nie chce się przyznać. Czyli tu także jak zawsze i nic nowego. Eh… i tak się czasem zastanawiamy czy jednak może w końcu zostaniemy zaskoczeni – chociaż tak troszkę, odrobinkę. Na razie testując weselne winko, skręcając szafeczki do łazienki i wybierając kolor farby do pokoju – cały czas czekamy;)


niedziela, 2 marca 2008

Miedwiediew

Prawdopodobnie dzisiaj zostanie prezydentem największego państwa na Ziemi. Jest to tak pewne, że jego sztab wyborczy obawia się zbyt dobrego wyniku. Twierdzą, że wynik powyżej 80% nie jest dobry, bo zaczęliby przypominać Turkmenistan albo Kazachstan. Obecnie Miedwiediew dostaje w przedwyborczych sondażach ok. 70% głosów, natomiast niektórzy gubernatorzy otrzymali z Kremla zadanie, aby zebrać dla niego najwyżej 65- 70%. Oficjalnie to kraj demokratyczny, natomiast nieoficjalnie to Kreml tak naprawdę wybiera sobie prezydenta i premiera, a społeczeństwo to po prostu akceptuje. Jeśli nie akceptuje, to wyniki są 'dopracowywane' w sztabach. Najlepszy przykład - grudniowe wybory do Dumy - wg. oficjalnych danych na Kaukazie głosowało 96-99% osób (sic!) i tyle też wynosiło poparcie dla partii Putina - Jedna Rosja. To już nawet nie jest próba mydlenia oczu ludziom - to raczej pokazanie, że demokracja to jest tylko w nazwie. W każdym razie po co to wszystko piszę - ano po to, że tą właśnie piękną i dojrzałą demokrację przejmie dzisiaj najprawdopodobniej Dmitrij Miedwiediew. I właściwie to głównie chodzi tu o jego nazwisko. Muszę przyznać, że przed przeczytaniem dosłownie jednego artykułu na jego temat myślałem, że nazywa się Miedwiedienko. Po prostu coś mi sie obiło kilka razy po uszach i jakoś tak to zapamiętałem. Ale jak się okazuje, w tej kwestii nic się nie różnię od kandydatów na prezydenta Stanów Zjednoczonych. Podczas debaty demokratów padło pytanie o następcę Putina. Obama nie raczył odpowiedzieć, natomiast Hillary Clinton rozwinęła bujnie temat i niczym przeciętny polski maturzysta zaczęła klasycznie lać wodę. Wreszcie na konkretne pytanie prowadzącego: a jak tak właściwie ma na imię ten człowiek? Odpowiedziała coś mamrocząc: "Mede, medved, medeve... Whatever". Czym wywołała szczery uśmiech widowni. Bo dla przeciętnych Amerykanów to jest zupełnie nieistotne, jak ma na imię najprawdopodobniejszy przyszły prezydent największego państwa na Ziemi. Szkoda tylko, że przyszła głowa państwa, które ma zasadniczy wpływ na życie nas wszystkich (ostatnia bessa na giełdach amerykańskich jest tego dowodem, ale i wojna w Iraku i mnóstwo innych rzeczy) wiedzę na temat polityki zagranicznej ma taką, jak student informatyki, który czasem, jak ma czas coś sobie na ten temat przeczyta. Ignorancja Amerykanów jest nieskończona... A oto wystąpienie Pani Clinton. Najlepsze od 22 sekundy:
http://www.youtube.com/watch?v=ysftUhulunw
A oto zabawne wykorzystanie całej sytuacji przez zwolenników Obamy:
http://www.youtube.com/watch?v=dLfBtPlkyng

czwartek, 31 stycznia 2008

Jak stworzyć problem, którego nie ma

Przepis:
1) Wybrać dowolne działanie ekipy rządzącej, wydarzenie związane z polityką, whatever.
2) Zapytać Panią Fotygę co o tym myśli.
3) Przy założeniach, że myśl jej nieskalana jest oraz, że trafnością swych diagnoz zadziwia tłumy dostaniemy zdanie wiążące problem, którego nie ma z czymś co istnieje.
Oto przykład z dzisiaj:
Fotyga: "Jak niebezpieczna jest taka sytuacja widzieliśmy już w czasie katastrofy samolotu CASA. Przecież wtedy prezydent właśnie startował. A przecież nieznane były przyczyny wypadku pod Mirosławcem. To było narażenie prezydenta, ale i premiera, który też lata samolotami rządowymi, na poważne ryzyko. Zwłaszcza w kraju takim jak Polska, które prowadzi wiele operacji wojskowych za granicą. Które bierze udział w walce z terroryzmem. Zawsze w takich sytuacjach należy brać pod uwagę czarne scenariusze. Zawsze. W tym wypadku nie było szybkiej informacji, nie wszczęto procedur bezpieczeństwa. To szokujące.".
Zaiste - szokujące ze wszech miar.

Natomiast niezwykle interesująca jest dzisiejsza wiadomość odnośnie laptopów m.in. Ziobry i kilku jego współpracowników z Ministerstwa Sprawiedliwości: "Zniszczono tylko części z klawiaturą i rozpłatano twarde dyski." I dalej: "W komputerze należącym do Ziobry wymienić należy płytę główną, matrycę, obudowę LCD. W laptopie będącym na stanie Romanowskiego wymienić należy matrycę, obudowę dolna i górną i dysk." Hmm, ile w tym prawdy - jeszcze nie wiadomo, ale jeśli się to potwierdzi, to będziemy mieli do czynienia z istną demolką sprzętu rządowego (dodając do tego telefon, który, któremuś urzędnikowi wypadł i przejechał go samochód). No każdemu się może zdarzyć.
No i na koniec odpowiedź Jarosława Kaczyńskiego. Pytany o komentarz do sprawy zniszczenia laptopów w ministerstwie sprawiedliwości przez ekipę Ziobry - odpowiedział: "Radziłbym nie traktować tych dwóch rozgłośni poważnie. Jedna z nich jest w rękach właścicieli z krajów, którym zależy, żeby Polska nie była silna.". Czyli jednak Układ - wiąże i spaja wszystko w logiczną całość.

piątek, 25 stycznia 2008

Szopka z żałoby

Odnośnie żałoby narodowej w nieszczęśliwym wypadku, jaki się zdarzył wczoraj napisał na swoim blogu Janusz Korwin-Mikke. Napisał to co, sam na ten temat chciałbym powiedzieć, a ponieważ nic nie mam do dodania ani ujęcia temu wpisowi wklejam po prostu linka do tekstu. Polecam zwłaszcza w celu zastanowienia się nad istotnością żałoby narodowej. Nic dodać, nic ująć.
http://korwin-mikke.blog.onet.pl/2,ID286582701,index.html

czwartek, 10 stycznia 2008

Parę cytatów

Dziś postanowiłem wrzucić parę cytatów przeróżnych i zupełnie ze sobą nie związanych. Najpierw to co każdego studenta zainteresować musi - regularne picie wydłuża życie :) Jak donosi Heart Journal: "Brytyjscy naukowcy obserwowali przez 20 lat blisko 12 tys. mężczyzn i kobiet, z których 1242 zmarło na choroby związane z sercem. Jak się okazało, osoby które nie piły alkoholu ani nie zażywały żadnych ćwiczeń były grupą najbardziej narażoną na ryzyko śmiertelnych chorób serca. Natomiast ci, którzy pili alkohol albo ćwiczyli, lub wykonywali obie te czynności, byli aż o 49 proc. mniej narażeni na choroby serca." To tak w skrócie. Jak donosi Onet.pl, porównując osoby wykonujące te same ćwiczenia, statystycznie dłużej pożyją te, które także sporadycznie piły alkohol w tym samym czasie. Ciekawe, prawda? Poszukałem także artykułów na Heart Journal o wpływie alkoholu na długość życia i znalazłem jeszcze kilka interesujących artykułów na ten temat z 2000, 2002 i 2004 roku. We wszystkich naukowcy po przeprowadzeniu poważnych prób stwierdzali, że sporadyczne, ale regularne picie alkoholu faktycznie poprawia wydolność serca i nie tylko. To w artykułach: "Alcohol intake and mortality in middle aged men with diagnosed coronary heart disease" oraz "Taking up regular drinking in middle age: effect on major coronary heart disease events and mortality". A tutaj podaje linki:
http://www.pubmedcentral.nih.gov/articlerender.fcgi?artid=1729361
http://heart.bmj.com/cgi/content/abstract/87/1/32
Natomiast "z umiarem" oznacza od 3 do 14 jednostek alkoholu tygodniowo (jednostka to 8 gr alkoholu etylowego), czyli każdy już sobie policzy.

Drugi cytat - Pan Prezes TVP Andrzej Ubański: "Znam większość polskich polityków od kilkunastu lat. Z Donaldem Tuskiem przejechałem kiedyś pół Ameryki. Akurat po tej formacji nie spodziewałem się takiego stylu traktowania mediów publicznych. To dla mnie jak historia z horroru".
Wyobraźcie sobie - dostawać miesięcznie kilkadziesiąt tysięcy złotych i do tego manipulować informacjami, jakie się dostaje - to faktycznie istny horror.

I na deser intelektualna rozrywka, czyli Janusz Korwin-Mikke - cytat z jego bloga:
"Wyobraźmy sobie, że urządzamy głosowanie - dla uproszczenia, w formie referendum. Mamy do wyboru A - i B. Załóżmy, że alternatywa jest dość jasna i zrozumiała.

Samo głosowanie jest proste: wrzucamy gałkę do urn z napisem "A" lub "B". Potem liczymy głosy - i przyjmijmy, że wygrywa A - jak widać na załączonym obrazku.

Następnie głosy w urnie porządkujemy wedle jakiejś, powszechnie uważanej za pozytywną, cechy. Przyjmijmy, że jest to inteligencja - ale mogą być i inne: doświadczenie polityczne, samodzielność, wiedza, majątek, jakaś kombinacja tych cech - wszystko jedno. W każdej z urn na górze są więc głosy najinteligentniejszych wyborców - u dołu tych najmniej inteligentnych. Oczywiście: wszelkie pomiary są niedokładne, na pewno są błędy - ale statystycznie im kulka jest wyżej w urnie, od bardziej inteligentnego wyborcy pochodzi.

Następnie odcinamy z obydwu urn wyborców o IQ poniżej 106 (o ile pamiętam: średnia dla Polaków - ale pedantom z góry piszę, że nie chce mi się sprawdzać, bo nie ma to znaczenia) - i liczymy głosy tylko górnej półki.

Mamy dwie możliwości:

1) wynik wśród nieobciętych nie zmieni się. W takim razie ci o inteligencji niższej szli do urn niepotrzebnie, marnowali tylko swój czas i robili tłok w komisjach, powodując kolejki, przedłużając liczenie itd.

2) Wynik się (jak na obrazku) zmieni. Co oznacza, że o wyniku wyborów w głosowaniu powszechnym zadecydowali ci najmniej inteligentni.

Innymi słowy: głosowanie tych "gorszych" jest ZAWSZE albo niepotrzebne - albo szkodliwe.

Rozumowanie to można, oczywiście, powtarzać, podnosząc poprzeczkę – aż dochodzimy do głosowania jednostki. NB. istnieje dość skomplikowany dowód Kennetha Arrowa (pierwszego laureata Nobla z ekonomii), że każdy rozsądny system wyborczy jest albo narzucony, albo istnieje jednostka, której wybór uznajemy za "wybór społeczny" (słynne "Twierdzenie Arrowa o niemożliwości")."

wtorek, 11 grudnia 2007

Bełkot

Wielce Wielmożny Ojciec Dyrektor wyrzucił dzisiaj z siebie prawdziwego kwiatka, perełkę, słowem złote usta. A oto i gniot:

- "Będę robił wszystko, by inni mówili. Będę dopuszczał wszystkich, którzy będą chcieli mówić. To jest już dość, to jest wypowiadanie wojny. (...) My robimy dla narodu, dla ludzi wszystko. I jeszcze nic z tego nie mamy. Harujemy non stop, nie osiem godzin dziennie. To jest gorzej niż w komunizmie. Nastawione na niszczenie, tylko na niszczenie. (...) To my badania robimy dla Polski. Polska ma to. Komu to chcą sprzedać? My wiemy, że Kwaśniewski chciał wszystko sprzedać, i złoża podziemne. Polska jest na zniszczenie, na sprzedaż. A Polacy? Nie wiem, do gazu?"

No tak, myślę, że nawet średnio inteligentny człowiek poczuje, że coś tu nie gra. Jakaś taka niespójna ta wypowiedź, jakoś tak delikatnie gniotem zalatuje. No cóż, nie każdy jest obdarzony darem krasomówczym, ale przyznać trzeba, że osobę, która zdała maturę z języka polskiego stać chyba na ciut więcej. Nie mówiąc już o rektorze uczelni, której tak bronił dziś w swych wypowiedziach Wielce Szanowny i Oświecony Ojciec Dyrektor. Chyba się troszeczkę przestraszył PO, że chcą się upewnić, czy aby napewno te ciężkie miliony euro, które trafią do jego uczelni (dzięki PiSowi) pójdą na ten jakże szczytny cel. A o wielkości jego wspaniałej uczelni wątpić nie wolno, bo przecież jaki rektor taka uczelnia. Chyba nastały ciężkie czasy dla Tadeusza - jednak ostatnie dwa to był istny raj dla niego - PiS gdzie mógł, tam podlizywał się Ojcu - w końcu nie lada elektorat na niego głosował. A tak to zostało mu tylko pokazywanie się na głównych uroczystościach wspaniałości z partii PiS. Wspaniałości, które albo rozumieją bełkot Rydzyka podobny do bełkotu PRL-owskiego, czy nowomowy Orwellowskiej, albo tak bardzo im zależy na niegasnącym elektoracie słuchaczy Radia Maryja, że są gotowi się podlizywać komuś takiemu, albo po prostu są głupi. Mam nadzieję, że to ostatnie.

wtorek, 23 października 2007

Układ

Z dziennika Janusza Palikota:
"Kiedy jeden ze studentów Hegla zwrócił mu uwagę, że to co opisuje w ogóle nie zgadza się z faktami, Hegel odpowiedział: „tym gorzej dla faktów”. Kiedy sondaże wskazywały w piątek, że PiS przegra, to Kaczyński ogłosił „sondaże są sfałszowane”. Kiedy zaś w niedzielę okazało się, że PiS naprawdę przegrał, wówczas Zbigniew Romaszewski, senator PiS-u, uznał, że społeczeństwo jest brudne i w swojej większości uwikłane w korupcję. Można powiedzieć: społeczeństwo jest sfałszowane.
Duch heglizmu, z którego wylągł się marksizm, krąży po umysłach kierownictwa PiS-u. Mówiąc po heglowsku: plecy świadomości są w dialektycznym zwarciu z rzeczywistością..."

Układ, Układ, wszyscy są w Układzie... No może poza Stanami, którzy interesują się jedynie tym, czy dalej ktoś im będzie lizał du.., przy okazji śmiejąc się nieustannie z polskiego premiera (specjalnie nie piszę naszego, bo z całą pewnością nie był on nigdy moim premierem) i polskiego rządu. No ale reszta jest z pewnością w Układzie. W sumie cała Europa bez wyjątku - Niemcy, Rosja, Francja, Wielka Brytania, Włochy, Hiszpania, Belgia, Czechy, Irlandia... Większość studentów, większość miast, większość młodych ludzi, większość wykształconych, absolutna większość moich znajomych no i w ogóle większość Polski. Wielki ten Układ...

poniedziałek, 22 października 2007

Wstyd

Pierwszy raz wstyd mi po wyborach. Wstyd, że Ziobro wygrał w Krakowie. Dołączę się do przeprosin za wszystkich tych, którzy głosowali na prokuratora generalnego Polski (już niedługo na szczęście), człowieka w wielkiej części odpowiedzialnego za powrót i działanie policji politycznej (jak widać historia lubi się powtarzać i wcale taki mądry Polak po szkodzie nie jest) - tak więc Kraków przeprasza za Ziobro. Fortunnie Kraków jednak w całości wybronił się i to bardzo dobrze - przewaga PO nad PiS była znacząca. Nadzieje na przyszłość są wielkie. Pytanie tylko - jak bardzo PiS będzie się starał psuć demokrację. Najlepsze jest to, że paradoksalnie i całkowicie nieświadomie to właśnie PiS przyczynił się do tego, że demokracja w Polsce tak naprawdę nie okazała się po raz kolejny słaba - dzięki frekwencji. I dzięki temu przegrali :)
Mam nadzieję, że już nigdy nie powtórzę słów towarzyszących byłej ekipie rządzącej - "gorzej już być nie może". Jakoś nie potrafię sobie tego wyobrazić.