















W sobotę oficjalnie rozpoczęłam sezon narciarski. Ja - ponieważ mój małżonek nie dał się jeszcze namówić na zimowe szaleństwo (cały czas nad tym pracuję więc myślę, że w końcu mi się uda go przekonać, że narty są fajne ;) ). Tak więc na weekend wybraliśmy się do Jasła. Podczas gdy Łukasz z mamą nadrabiali zaległości w lekturach i chodzeniu po sklepach, tata i ja wybraliśmy się do Białki żeby trochę poszaleć na śniegu. Na szczęście nie musieliśmy się wybierać samochodem - bo to jednak spora odległość a po całym dniu na nartach ciężko się wraca taki szmat drogi. Wyjazd był zorganizowany przez szkołę taty. Z taką ilością nauczycieli nie miałam do czynienia od czasu szkoły średniej :P Jednak ponieważ moja edukacja już się zakończyła, tak liczne grono pedagogiczne nie było w stanie mnie wystraszyć i odwieść od planu wyjazdu i szaleństw do upadłego. Wcześniej nie byłam w Kotelnicy Białczańskiej i muszę powiedzieć, że od razu mi się tam spodobało. Narciarze (oraz snowboardziści) mają do dyspozycji kilka wyciągów i tras zjazdowych o różnych stopniach trudności - od najprostszych, na których mogą swobodnie ćwiczyć początkujący amatorzy sportów zimowych, po trasy wymagające większych umiejętności. Nawet najlepsi zawodnicy znajdą tutaj coś dla siebie - jest to jeden z nielicznych ośrodków posiadających trasę FIS. Oprócz bardzo dobrze przygotowanych tras zjazdowych warto zwrócić również uwagę, na wspaniałe widoki - można stąd podziwiać Tatry w całej okazałości. Jest kilka powodów, dla których już dawno nie udało się nam usiąść do komputerów, żeby napisać chociaż kilka zdań. Pierwszym i chyba najważniejszym – a w każdym razie największym (:P) jest Mateusz (brat Łukasza), który właśnie nas odwiedza i zdecydowanie i całkowicie zajmuje mój komputer. Oczywiście nie jest mi jakoś szczególnie źle i przykro z tego powodu, a co więcej mam wspaniałą wymówkę, żeby w ogóle do komputera w domu się nie zbliżać :D nieźle jak na prawie uzależnionego informatyka;) Drugim, bardzo ważnym powodem naszego braku zainteresowania komputerami są ogromne ilości spraw związanych z organizacją ślubu. Bo przecież trzeba było zamówić zaproszenia i obrączki. Wybrać resztę stroju Łukasza, rozejrzeć się za moimi butami i całą resztą niewielkich ale jakże istotnych drobiazgów. W rezultacie obrączki zostały zamówione, zaproszenia odebrane z drukarni, garnitur Łukasza jest już w komplecie i tylko moich butów jak nie było tak nie ma:( Eh…
Poza tymi wszystkimi rzeczami, których i tak jest sporo - biorąc pod uwagę, że wszystko załatwiamy po pracy czyli mniej więcej od 17 – właśnie przymierzamy się do generalnego remontu. Wymiana płytek, malowanie, cyklinowanie czyli tak zwany remont generalny… Eh zobaczymy jak nam to wszystko pójdzie…
Na razie jednak na weekend wybieramy się podobnie jak w zeszłym tygodniu do Jasła. Tym razem już sami:( Szkoda, bo ostatni weekend, w który udało nam się wszystkim spotkać – jako, że Jurek i Asia też oderwali się na chwilę od pracy - był bardzo miły i w końcu pozwolił nam nie w biegu pogadać o wszystkim i o niczym, pośmiać się i ponarzekać czyli spędzić razem trochę wolnego czasu. Wypróbowaliśmy tatowe specjały – muszę powiedzieć, że i dobre i… mocne;] Odbyliśmy zjazd rodzinny i poznaliśmy Asię i Łukasza z resztą rodzinki. Zobaczyliśmy – z niedowierzaniem – jakie duże są nasze małe kuzynki. Obejrzeliśmy całą masę sukienek, żakietów i spódnic dla mamy:) Uknuliśmy mały spisek w związku z urodzinami taty i imieninami mamy i w ogóle robiliśmy całą masę przyjemnych i nie zawsze pożytecznych rzeczy:) A w ten weekend zrobimy ognisko:D I nie żadnego grilla ale najprawdziwsze na świecie ognisko:D A potem jak zwykle w poniedziałek znowu pójdziemy do pracy…


W ten sposób zaczęliśmy nadrabianie naszych zaległości towarzyskich i w związku z tym w sobotę odwiedziliśmy Michała i Gabrysię, którzy nakarmili nas pysznym obiadem i ogromnymi ilościami ciasta. Muszę wspomnieć, że w sobotę nad Krakowem szalała "Emma", więc Michał z Łukaszem co jakiś czas wyglądali przez okno aby oceniś siłę wiatru, a ponieważ przez większą część dnia "Orkan Emma" był raczej niewidoczny więc ku naszemu ogromnemu zdziwieniu zostałyśmy poinformowane, że na pewno jesteśmy w "oku cyklonu" i że jak tylko zacznie wiać, a ktoś nieopatrznie otworzy drzwi do domu, to "zostanie wyssany na zewnątrz na skutek różnicy ciśnień". Cóż, z tak fachową opinią obu panów nie sposób było się kłócić, więc przyjęłyśmy ją ze stoickim spokojem:) I tylko obie bardzo się zdziwiłyśmy gdy trzeba było już wracać, że mimo, iż na zewnątrz jednak trochę wieje, żadna różnica ciśnień nie wystąpiła;)