Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ogólne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ogólne. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 kwietnia 2011

Wesołych Świąt!

Zdrowych, spokojnych Świąt Wielkanocnych,
Miłej atmosfery przy rodzinnym stole,
No i mokrego Śmigusa Dyngusa!

wtorek, 19 października 2010

DIY czyli 'Do It Yourself' :]

Jakiś czas temu stwierdziliśmy, że w naszym „salonie” czyli dużym pokoju brakuje zegara. Niestety, brak czasu powoduje, że większości potrzebnych (i niepotrzebnych) rzeczy szukamy w internecie. Rozglądając się za czymś co mogło by się nam spodobać trafiłam na stronę z bardzo ładnymi, ręcznie robionymi zegarami. Najprościej byłoby zamówić wybrany zegar i poczekać, aż poczta polska dostarczy przesyłkę, ale… Nie należy iść na łatwiznę :P
Może dlatego, że spędzam tyle czasu przy komputerze w pracy, po powrocie do domu najchętniej zajmuję się wszystkim co z komputerem nie ma nic wspólnego. Tak więc postanowiłam, że sama zrobię zegar który mi się podoba. No oczywiście sama oznacza z Ottawaką ;)
Kiedy już udało mi się zgromadzić wszystkie niezbędne materiały (cienka sklejka – wygrzebana w naszym kantorku w którym jest wszystko;), mechanizm zegara – zakupiony w empiku oraz farbki akrylowe) mogłyśmy przystąpić do pracy. Po pierwsze – i najważniejsze – pozbyłyśmy się mężów, żeby nie przeszkadzali :P Potem poszło już szybko :P

Najpierw trzeba było wszystko dokładnie zmierzyć i wyciąć ze sklejki równy prostokąt (bo taki właśnie kształt miał mieć zegar). Tutaj bardzo przydatna okazała się wyrzynarka. Było ciężko bo żadna z nas jej wcześniej nie używała, ale kto da radę jak nie my :P Potem tylko malowanie – najpierw pokładówką a potem farbami
i lakierem bezbarwnym – i umieszczenie mechanizmu we właściwym miejscu. W tym celu niezbędna okazała się wiertarka, jednak po obsłudze wyrzynarki z wiertarką poradziłyśmy sobie bez najmniejszych problemów. A potem wystarczyło już tylko znaleźć działającą baterię i Voilà!
Teraz zegar wisi sobie nad telewizorem J







Cud, a jednak nie cud?

Jesień. Za oknem szaro buro i ponuro. Nie ma jak ciepła herbata i radio z jakąś „ciepłą” muzyką tak, żeby dało się przetrwać dzień do wyjścia z pracy. Właśnie taką taktykę przyjęłam dzisiaj. Radio ma jednak to do siebie, że od czasu do czasu – średnio raz na godzinę - prezentuje najnowsze wiadomości z kraju i ze świata. Jakież było moje zdumienie, kiedy usłyszałam, o liście biskupów do parlamentarzystów, w którym przestrzegali przed zgubnymi skutkami invitro. Nie żebym nie znała stanowiska kościoła w tej kwestii, jednak sposób, w jaki usiłuje on przeforsować „jedynie słuszne” wydawać by się mogło poglądy po prostu mnie przeraził.

Po pierwsze, dlatego że Polska nie jest państwem wyznaniowym. Jeżeli medycyna stwarza możliwość pomocy parom, które z różnych względów nie mogą mieć dzieci w sposób naturalny, państwo powinno dać możliwość korzystania z tej pomocy wszystkim – nie tylko zamożnym, których stać na wykonanie zabiegu na własną rękę. Po drugie uważam za niedopuszczalne stwierdzenie, iż dzieci urodzone w wyniku invitro są „gorsze” niż dzieci poczęte metodą naturalną. Wcześniaki, wady genetyczne, powikłania poporodowe zdarzają się również wśród dzieci poczętych naturalnie. Zastanawia mnie też, czy biskupi pisząc swój list wzięli pod uwagę, że za pomocą metody sztucznego zapłodnienia przyszło na świat ponad milion dzieci – ile w Polsce nie wiadomo dokładnie, nie zmienia to jednak faktu, że część z nich jest już na tyle dorosła i świadoma, że może po przeczytaniu tego listu poczuć się ludźmi „gorszej kategorii” – czy aby na pewno tego uczy Chrystus mówiąc „Miłuj bliźniego swego…”. Czy dostojnicy kościelni wzięli pod uwagę pisząc to, co napisali, że tym samym piętnują ludzi, którzy decydują się na taką właśnie metodę walki o własne dziecko? Czy któryś z nich zastanowił się nad tym, czym naprawdę jest problem bezpłodności? Czy osoby potępiające tę metodę jako niemoralną zastanawiają się ile musi przejść para zanim faktycznie do takiego zabiegu dojdzie? Miesiące a czasem lata starań, leczenie (bo przecież nikt nie kwalifikuje do zabiegu ot tak, bo ktoś ma kaprys) no i przede wszystkim obciążenie psychiczne. Jak czuje się mężczyzna, który słyszy, że niestety dzieci to on miał nie będzie? Jak czuje się para, która co chwilę od rodziny i znajomych słyszy „Zróbcie sobie dzidziusia” (pomijam złośliwe komentarze w stylu „Co nie możecie?”, mówię raczej o tych nieświadomych, bo przecież mało kto pomyśli, że może oni się jednak o to dziecko starają – warto wziąć pod uwagę, że bezpłodność nie jest problemem, o którym chciało by się informować wszystkich wokół). Moim zdaniem determinacja, która pozwala przetrwać i pokonać te wszystkie przeciwności nie zasługuje na publiczne napiętnowanie i to ze strony osób, które nigdy nie miały do czynienia z takimi problemami. Łatwo jest krytykować – ciężej samemu być w takie sytuacji.

Nie odbieram kościołowi prawa do głoszenia własnej opinii w tej kwestii, jednak uważam, iż po to Bóg dał ludziom sumienie i wolną wolę, żeby o pewnych rzeczach mogli rozstrzygnąć sami. Osoby wierzące, które nie będą chciały z tej metody skorzystać na pewno z niej nie skorzystają – nic na siłę – jednak nie każmy wszystkim podporządkowywać się wyznawanym przez nas wartościom. Może kościół zamiast straszyć „wykluczeniem ze wspólnoty wierzących” ludzi, którzy otwarcie przedstawią swoje poglądy i zajmować się dziećmi, których jeszcze nie ma (a których przyjście na świat wbrew temu, co zdają się sugerować niektórzy hierarchowie jest najważniejszym i najbardziej oczekiwanym zdarzeniem w życiu rodziny) powinien pomyśleć o dzieciach które już są, a rodzony w których przyszły na świat nie są w stanie zapewnić im godnych warunków życia, ani nawet minimum miłości (której oczekiwanym czasem przez lata dzieciom „z próbówki” zapewne nie braknie – choć wiadomo różnie w życiu bywa więc nie ma co generalizować).Czy naprawdę o to chodzi żeby mówić „rozmnażajcie się” ludziom, którzy w naturalny sposób są w stanie mieć nawet dziesięcioro dzieci i żadnemu z nich nie zapewnić godnych warunków życia, a problem dostrzec dopiero wtedy gdy dojdzie do tragedii. Dlaczego odmawiać prawa do posiadania potomstwa ludziom, dla których narodziny dziecka będą prawdziwym cudem?

Każdy ma pewnie swój pogląd w tej kwestii. Ja jestem zbulwersowana sposobem, w jaki prowadzona jest dyskusja w tej jakże delikatnej sprawie.


niedziela, 3 stycznia 2010

Święta, Święta....

Święta, Święta i po Świętach. Niestety wszystko co dobre szybko się kończy, tak więc po prawie dwóch tygodniach leniuchowania jutro wracamy do pracy… Muszę przyznać, że rozleniwiliśmy się strasznie – no dobra nie do granic możliwości bo Łukasz czytał i czytał a ja wprawdzie obijałam się dużo bardziej ale i tak udało mi się trochę dokształcić. W każdym razie lenistwo nas dopadło. Opychaliśmy się pysznościami – ciasta, ciastka, ciasteczka, sałatki i inne smakołyki, które spowodowały, że jest nas trochę więcej niż było przed Świętami :P Tak właśnie oraz na spacerach i odwiedzaniu rodziny i znajomych minęła nam przerwa świąteczna. A potem szampański i wystrzałowy (:P) Sylwester w Tenczynie no i chcąc nie chcąc… jestem o rok starsza… znowu… Eh:P No i znowu nadszedł czas powrotu do pracy niestety… ale wcześniej…


Życzymy wszystkim wszystkiego dobrego w nowym roku ;)



sobota, 24 października 2009

Co się stało z pluszakiem?

Po wczorajszej imprezie u nas jeden pluszak wyglądał tak:

Rzut z przodu

Rzut z góry
Rzut z bokuA tak wygląda naprawdę

Pluszak czuł się naprawdę źle po tej imprezie, jest nie w sosie dzisiaj i cierpi bardzo.
Pytanie - KTO TO ZROBIŁ? Kto skrzywdził pluszaka?

środa, 14 października 2009

Dzień zwycięstwa!

Czy zastanawialiście się kiedyś nad wzięciem udziału w konkursie radiowym bądź zrealizowaliście ten zamiar? Bo ja ostatnio słuchając RMF Classic postanowiłem wziąć udział w konkursie Giełda Utworów Wartościowych i mniej więcej od 2-3 tyg. konsekwentnie codziennie z Anią wysyłaliśmy maile do redakcji z poprawnymi odpowiedziami na zadane pytania. Szczegółów konkursu nie będę tutaj opisywał, wszak oprócz jakiejś tam muzycznej wiedzy liczyło się szczęście (np. wygrywała 5 poprawna odpowiedź z kolei). My musieliśmy mieć więcej szczęścia, ponieważ słuchaliśmy tego w pracy, a jak się okazało przez internet mamy jakieś 45 sekund opóźnienia w stosunku do nadawania na klasycznej antenie. No ale w końcu nam się udało. Jak zwykle wysłaliśmy obydwoje ze swoich kont, a wygrała Ania :) Najlepsze, że tym razem wysłała w ostatniej chwili i w ogóle nie spodziewała się, że faktycznie wygra (miała być 13 poprawna odpowiedź). W każdym razie miała okazję zadedykować mi piosenkę i wypowiedzieć się przed największym w życiu audytorium (ponad 200 tys. słuchaczy podobno), a ja miałem okazję tego posłuchać :) No i wygraliśmy zestaw głośników do kina domowego. Najlepsze było, jak z rozczulającym uśmiechem mówiła na antenie, że w ogóle się nie spodziewała tego telefonu. Cała Ania.
Nie spocząłem na laurach i postanowiłem, że też coś wygram. Później na antenie była audycja "jak nie dać się zimie" (z okazji pogody) i należało wysłać maila z opisem, jakżesz można uchronić się przed zimą. Opis miał być jak najbardziej kreatywny i ciekawy. Nigdy wcześniej nie brałem udziału w takim konkursie, ale tym razem postanowiłem kuć żelazo póki gorące i z weną skrobnąłem parę zdań. No i wygrałem :) Mój list został przeczytany na antenie (znów 200-tys. audytorium), a ja jestem posiadaczem płyty muzycznej oraz zestawu cieni do oczu firmy Sephora :P Ania powiedziała, że te cienie będzie mieć na najbliższe lata... Że nawet ciężko określić na ile lat :P Tak ich dużo.

środa, 29 lipca 2009

Wakacje :)

Wakacje - pogoda raz lepsza, raz gorsza - czas upływa nam pracowicie ale nie tylko. W zeszły weekend odwiedzili nas Justyna i Kuba a wcześniej Mateusz. Chłopaki i Asia też pokazywali sie u nas często, a my bylismy w domu pomeczyć rodzicoów. Trochę poleżelismy na trawie, troche "poszwędalismy się" po Krakowie rowerem i na piechotę (lub "na butach" - jak kto woli), a teraz się pakujemy. W piątek rodzice wybierają się do nas a w sobotę wybieramy się na wakacje - jak się smieją chłopaki jedziemy w "podróż życia". A śmieją się dlatego, że wybieramy się do Chorwacji samochodem no i jednym z kierowców jestem ja :D a drugim Ottawka :D Nie jest to śmieszne oczywiście :P My w każdym razie mamy nadzieję że bez problemów dowieziemy nas na miesce, a wtedy już nikt nam nie podskoczy :D No ale na razie musimy się spakować i upchnać wszystko tak, żeby Maździakowi dało się domknąć bagażnik :D - trudne zadanie nas czeka :D

środa, 22 kwietnia 2009

A taka ładna pogoda...

"Życie pełne jest niespodzianek... " Korzystając z tej powszechnie znanej prawdy mój mąż tłumaczy swoje szaleństwa pod koszem. Wytłumaczenie jest o tyle istotne, że na ostatnim treningu skręcił sobie kostkę . No i teraz siedzi biduś w domu zagipsowany cierpiąc niezmiernie i marudząc, że taka ładna pogoda akurat teraz się trafiła, jak on "mężczyzna w kwiecie wieku" musi siedzieć w fotelu bezczynnie. No i co ja mogę powiedzieć... Na szczęście ma niezastąpioną, wspaniałą (skromną ;) ) żonę, która dba o niego bez wytchnienia ;) :D :P No i jeszcze, że to tylko 10 dni, a jako, że 16 maja wybieramy się na wesele do Ani i Sławka, można by jeszcze ryzykować stwierdzenie, że do "wesela się zagoi..." ;)



niedziela, 29 marca 2009

Miłuj bliźniego swego...

Od jakiegoś czasu coraz częściej słyszy się, że kolejne grunty lub nieruchomości, które za czasów PRL-u przeszły w ręce państwa zostały zwrócone kościołowi. I wszytko byłoby w porządku - bo przecież jeżeli coś zostało niesłusznie odebrane, powinno zostać zwrócone. Jednak czytając kolejne
artykuły oraz słuchając wiadomości można odnieść wrażenie, że nie wszystko jest tak jak być powinno. Komisja Majątkowa, zajmująca się zwrotem nieruchomości przekazuje stronie kościelnej grunty należące do skarbu państwa. I wszystko byłoby w pożąku gdyby nie fakt, iż bardzo często zdarza się, że są to obszary bardzo atrakcyjne. W tym miejscu można by jeszcze powiedzieć - co zostało zabrane należy oddać. Jednak jak wytłumaczyć przypadki gdy w ramach rekompensaty za ziemie utracone np. w Lublinie kościół otrzymuje działkę w Bronowicach - jednej z najdroższych a zarazem najbardziej atrakcyjnych pod względem lokalizacji dzielnic Krakowa? Można powiedzieć, że skoro nie można oddać działki będącej wcześniej w czyimś posiadaniu, należy zwrócić jej równowartość. Jednak dlaczego nie mogły to być grunty położone 300 km od Krakowa? Skoro można zamienić ziemię pod Lublinem na ziemię w Krakowie to myślę, że odległość nie gra w takim przypadku istotnej roli. Jak to się w końcu dzieje, że Komisji Majątkowej działającej od 1991 roku, z ponad 3000 wniosków zgłoszonych przez instytucje kościelne dotyczących zwrotu lub przyznania nieruchomości zamiennych nie udało się rozpatrzył jeszcze tylko ok 270 z nich. Przecież w przypadku zwykłych obywateli, sprawy takie ciągną się całymi latami?
Dla miasta oddanie niektórych terenów, może oznaczać konieczność tworzenia nowych planów zagospodarowania przestrzennego oraz zmiany lokalizacji planowanych obiektów. Co jednak gdy kościół upomina się nie o grunty, a o budynki w których działają dzisiaj szkoły, szpitale czy inne instytucje użyteczności publicznej? W ostatnich dniach głośna była sprawa poznańskiego liceum, którego budynek został zwrócony kościołowi. Za wynajem szkoły kuria zażądała 1,8 mln zł. Jeżeli miasto nie znajdzie pieniędzy, szkoła będzie musiała się przenieść. Niestety to nie jedyny taki przypadek. Poznańska kuria jest również właścicielem budynu w którym mieści się zespół szkół muzycznych. Za jego wynajęcie kuria oczekuje od miasta kwoty 1 mln 200 tyś. zł. Oczywiście duchowni zaznaczają, że kwestia opłat nie została jeszcze rozstrzygnięta i wszystko zależy od negocjacji z ministerstwem. I można by powiedzieć - normalna sprawa "biznes is biznes", twarde regóły rynku obowiązują wszystkich jednakowo... Tylko czy kościół nie powinien - w myśl głoszonej przez siebie nauki - zaprzeczać tym zasadom? Albo przynajmniej niewielkiej części z nich? Co z ubóstwem, miłosierdziem i miłością bliźniego? Czy nie pojawia sie tu przypadkiem najzwyklejsza chciwość? A może to wszystko w myśl zasady "Miłuj bliźniego swego (aż zedrzesz ostatnią koszulę z niego)"? W reszcie jakie wartości przekazuje kościół ludziom? Czy nie przypadkiem, że pieniądze są najważniejsze? Na co te pieniądze są wydawane - nie wnikam, jednak coraz częściej odnoszę wrażenie, że kościół to sprawnie i bezwzględnie działający biznes, który z wiarą nie ma nic wspólnego...

Na koniec ciekawostka.

wtorek, 23 grudnia 2008

Choinka

A oto choinka, której autorami są: ja oraz żona ma. Ta przycupnięta pod choinką osoba to właśnie żona ma. Siedzi tak i pilnuje choinki przez święta.




niedziela, 23 listopada 2008

Weekendowo

Kolejny tydzień za nami. I znowu jak poprzednio nie próżnowaliśmy. Po ciężkich pięciu dniach pracy nastał weekend. W piątek wybraliśmy się do Ani i Rafała. Na początku Ania przeegzaminowała nas specjalną ankietą testującą osobowość oraz płeć psychologiczną. No i tutaj muszę powiedzieć, że złamaliśmy wszelkie zasady wypełniania takich ankiet, które nie powinny być wypełniane zbiorowo, grupowo, na imprezie i po pysznych drinach dostarczanych nam na zmianę przez Anię i Rafała. Potem już zajęliśmy się tylko drinami i rozmowami na najdziwniejsze tematy. Jedynym przykrym elementem wieczoru było nieszczęście Krzysia, który po drodze na imprę najpierw się zgubił a potem miał stłuczkę już prawie na samym końcu trasy. Na szczęście nic nikomu się nie stało i Krzychu w końcu do nas dotarł.
Sobotę spędziliśmy na zakupach - mój komputer po 5 miesiącach "zepsucia" w końcu dostał nowiuteńką grafikę i DZIAŁA. Nie muszę chyba mówić jak bardzo się cieszę :D Wieczorem natomiast wybraliśmy się z Arkiem, Kubaxem i Kate na bilard. Szło nam różnie, raz lepiej raz gorzej. No dobra częściej gorzej :P Cóż mistrzami bilarda nie jesteśmy ;) Później poszliśmy na piwo i tu już szanse się wyrównały. W konkurencji "Picie piwa przez słomkę na czas" zespół w składzie Łukasz Arek no i ja zdecydowanie wyprzedził Kate & Kubax Team. Za to Kate okazała się niezwyciężona w pakowaniu Ariusia w śnieg (który właśnie tego dnia spadł po raz pierwszy w tym roku!). W potyczce Aruś vs Kate zdecydowanie 0:1 :P Wielkim nieobecnym okazał się natomiast Michał, który mimo naszych usilnych zaproszeń - tak, tak Łukasz długo wołał go pod oknem akademika - nie pojawił się i odwiedził nas dopiero dzisiaj:)
No a dzisiaj stworzyłyśmy z Ottawką nasze największe dzieło - dotychczas oczywiście, ponieważ planów mamy jeszcze sporo;) W końcu udało nam się obić pufy! Wyszły piękne i wspaniałe! Zdecydowanie jak kiedyś znudzi nam się bycie informatykiem (albo informatyczką - jak kto woli :P), możemy zająć się tapicerowaniem mebli :D A oto nasze wspaniałe dzieło:

niedziela, 16 listopada 2008

Jesienne zajęcia

Zima zbliża się wielkimi krokami... Podobno, bo na razie nikt jej jeszcze nie widział. Śniegu nie ma, zimno specjalnie w tym roku też jeszcze nie było - nie to co rok temu, gdy mniej więcej o tej porze lepiliśmy w parku bałwana. Tak czy inaczej zbliżanie się zimy można poznać po zmianach jakie zachodzą w naszym codziennym harmonogramie. Czas zaczyna płynąć leniwie, a my siedzimy sobie w domu, popijamy ciepłą herbatkę z sokiem aroniowym i imbirem i zajmujemy się rzeczami na które przez cały rok nie mamy czasu. Łukasz pochłania książki, a ja znajduję sobie najprzeróżniejsze "dziewczynkowe" zajęcia. I tak ostatnio zabrałyśmy się z Ottawką za renowację mebli. A dokładnie naszych starych puf. Wybrałyśmy odpowiedni materiał, wyrzuciłyśmy chłopaków na męskie spotkania i zabrałyśmy się do dzieła. Ale tym się pochwalę jak już skończymy :) Oczywiście na pufach nasze plany się nie kończą. Następny w kolejności jest Ottawkowy wieszak. Zobaczymy co nam z tego wyjdzie ;)

Oprócz wszystkich zimowo - jesiennych domowych zajęć, bardzo dużo czasu spędzamy poza domem. W weekend byliśmy w Jaśle, żeby trochę pomęczyć rodziców. Przy okazji udało mi się złożyć wnioski o wymianę wszystkich możliwych dokumentów, odwiedzić moją ulubioną panią fryzjerkę, zwiedzić nową jasielską galerię oraz pójść z mamą na zakupy. W ten sposób stałam się właścicielką brązowej kurteczki i czerwonych kolczyków :D Oprócz tego wszystkiego uszyłyśmy też z mamą nowe pomarańczowych zasłony, które Łukasz już zawiesił w kuchni. No i muszę przyznać, że dzięki nim nasza kuchenna "wybuchnięta pomarańcza" jest jeszcze bardziej pomarańczowa :)

Wczorajszy wieczór był natomiast wieczorem kulinarnych szaleństw u Ottawki i Mateusza - temat: kuchnia blisko i dalekowschodnia. A dokładnie sushi i falafel. Nad wytwarzaniem tego ostatniego kontrolę sprawował Radek - brat Mateusza - umiejący czytać pismo "dżdżownicowe" student arabistyki. Nie zabrakło również Pikusia, który chciał zjeść Joannę. Na szczęście Pikuś po interwencji Patrycji stwierdził, że ograniczy się do szczekania - a słychać go było pewnie na drugim końcu Krakowa - więc udało nam się dokończyć wspaniałego dzieła, które następnie w zastraszającym tempie zniknęło z talerzy :)


A dzisiaj odwiedzili nas Jurek, Asia i Michał, a ponieważ kulinarne szaleństwa nie skończyły się na wczorajszym sushi, musieli zjeść z nami obiad ;)

Na razie więc mimo zbliżającej się zimy nuda nam nie zagraża zwłaszcza, że w przyszłym tygodniu czeka nas następna część remontu, a towarzyskich zobowiązań również nie wolno zaniedbywać ;)

piątek, 31 października 2008

"Wybuchnięta pomarańcza" :)

No i w końcu nam się udało! Zakończyliśmy kolejny etap upiększania naszego mieszkania czyli malowanie szafeczek. Muszę przyznać, że mimo moich wcześniejszych obaw, kolor wybrany przez mojego męża - pomarańcz nie był moim pomysłem :P - okazał się strzałem w dziesiątkę. Tak więc teraz mamy w kuchni "wybuchniętą pomarańczę", która wygląda mniej więcej tak:


Oprócz zamiany kuchni w pomarańczę udało mi się w tym tygodniu również wybrać na zakupy. Najpierw z Ottawką i Ewą do Leroy Merlin na "dziewczynkowe" oglądanie wszystkiego, co mogłybyśmy kupić gdybyśmy miały wielki dom i mogły go urządzić jak nam się tylko podoba. Niestety nie mamy wielkiego domu. Na pocieszenie kupiłam sobie zasłony do kuchni. Oczywiście pomarańczowe :D W Leroy Merlin dowiedziałyśmy się również, że wybór świetlówki nie jest taką prostą sprawą jak nam się wcześniej wydawało:P

Drugi wypad ograniczył się już do oglądania jednego rodzaju rzeczy, a mianowicie do tkanin wszelkiego typu - od zasłon po koszulki. No i nakupiłyśmy całą masę różnych różności, a dokładnie mniejszych i większych kawałków materiału w najdziwniejszych kolorach i wzorach. Wszystko to przy okazji szukania odpowiedniego materiału do zamiany starych puf na nowe :) Trzeba przyznać, że zakupy okazały się pełnym sukcesem bo upolowałyśmy w końcu wspaniały, zielony, "pluszowy" materiał, idealny na nową tapicerkę naszych starych puf. Teraz będę mogła sprawdzić się w roli tapicera. Na szczęście Ottawka ma już doświadczenie w tej kwestii więc może się uda;)

Eh ostatnio pomysłów na zajęcia takie jak wyszywanie, malowanie, układanie zdjęć, sortowanie starych płyt i robienie na drutach mam jeszcze sporo - straszne to jest ale trzeba odreagować te 5 lat studiów ;)


niedziela, 26 października 2008

Co tam u nas słychać?

Ano dzisiaj rano wybrawszy się po chleb świeży przy okazji zahaczyłem o pobliski gaj i przywlokłem do domu pół kilo grzybów. Takich oto:



Piękne prawdziwki. A potem Ania przywlokła do domu jakieś barwniki i nasza kuchnia wyglądała tak:

Jak jakaś pracownia malarska. Z barwnikami trzeba było coś zrobić, no więc kupiliśmy farbę w kolorze żółtym i następnie rozpoczęliśmy plastyczny eksperyment. Przyznam, że ostatni raz robiłem takie rzeczy w podstawówce, ale nigdy na kuchennych szafkach. Z początku nieśmiało i ledwie po kropelce dodawaliśmy barwników, by wreszcie rozochociwszy się, lekko zniecierpliwieni nieznacznymi rezultatami naszej pracy zaczęliśmy dolewać coraz większe ich ilości (znaczy się barwników), aż powstał kolor wściekle pomarańczowy. I kolor ten przelany został na część szafek w kuchni. Bo tak chciała Ania.
A oto moja żona testująca moje nowe słuchawki i wklejająca jakieś zdjęcia do albumu:


Niestety Ania nie potrafi docenić ich pięknego dźwięku. Ja natomiast rad z nich jestem, a jak!


piątek, 5 września 2008

Zapracowani 2

Od poprzedniego wpisu minął już ponad miesiąc, a jego temat nie stracił ani trochę na aktualności. No i muszę powiedzieć, że chociaż jeszcze nie wszystko, to już sporo rzeczy udało się zrobić. Pierwsza część generalnego remontu zakończyła się powodzeniem. Zdobyliśmy trochę doświadczenia, tak że jak za trzy lata będziemy robić remont własnego mieszkanka (wprowadzamy plan trzyletni;) ) to już dużo rzeczy będziemy wiedzieć i niewiele będzie w stanie nas zaskoczyć. Przede wszystkim – co jest przykre – okazuje się, że ekipie remontowej trzeba patrzeć na ręce niezależnie od tego jak dobrze pracuje. Nasi panowie, którzy przez większą część czasu radzili sobie bardzo dobrze, a montowanie grzejników, układanie kafelek i cała reszta szła im sprawnie, na koniec bardzo nas rozczarowali. Chcąc skończyć w terminie przyspieszyli pracę, co nie do końca korzystnie odbiło się na jakości wykonania. No cóż, człowiek uczy się całe życie, więc następnym razem będziemy wiedzieć, że nad panami remontującymi trzeba stać i patrzeć im na ręce… Niestety. Tak czy inaczej, ta część remontu już za nami. Teraz zostało cyklinowanie, wymiana okien i malowanie ale to już po naszym wielkim dniu;) Teraz nie mamy czasu i marzymy już tylko o podróży poślubnej (chociaż jeszcze nie wiemy gdzie pojedziemy :) ) i o odpoczywaniu. Jednak ciężko jest robić remont jednocześnie pracując i organizując ślub:/

A przygotowania do ślubu idą pełną parą. Dzisiaj podobnie jak co tydzień jedziemy do Jasła - będziemy wybierać potrawy i ciasta a także wino i inne napoje;) Moja sukienka jest już prawie uszyta, buty udało się kupić i umówić wizytę u fryzjera i kosmetyczki. Poćwiczyliśmy już nawet pierwszy taniec. Na szczęście mamy tyle zajęć, że jeszcze nie zdążyliśmy się zacząć stresować. Miejmy nadzieję, że tak nam zostanie do samego końca:)

Wydarzeń polityczno - ogólnoświatowych ostatniego miesiąca było trochę. Można nawet powiedzieć, że był to burzliwy miesiąc. Tak więc olimpijski spokój nie opanował świata wraz z rozpoczęciem igrzysk w Pekinie, co nas specjalnie nie zaskoczyło. Zachowanie Rosji wykorzystującej moment, gdy oczy świata, zwrócone są w nieco innym kierunku, niż ona sama, też specjalnym zaskoczeniem nie jest. Nie pierwszy to raz i zapewne nie ostatni. Nie zaskoczyła nas również reakcja „starej” Unii na wydarzenia w Gruzji. No cóż, zbyt dużo interesów ma Unia na wschodzie, a taki drobiazg jak importowany z Rosji gaz skutecznie paraliżuje jakiekolwiek reakcje zachodnich polityków. Szkoda tylko, że w najmniejszym stopniu nie biorą oni pod uwagę zdecydowanej postawy państw, które z Rosją miały więcej do czynienia, nie koniecznie z własnej woli i inicjatywy. Tak więc na tym polu również nie zostaliśmy zaskoczeni. A wracając na własne podwórko - jak zawsze sukces ma wielu ojców. Tak więc odpowiedzialnych za sukces negocjacji w sprawie tarczy antyrakietowej (chociaż tak naprawdę nie do końca wiadomo co w tym wypadku słowo „sukces” oznacza) mamy całe tłumy. Za to do odpowiedzialności za niekorzystną sytuację w stoczniach nikt nie chce się przyznać. Czyli tu także jak zawsze i nic nowego. Eh… i tak się czasem zastanawiamy czy jednak może w końcu zostaniemy zaskoczeni – chociaż tak troszkę, odrobinkę. Na razie testując weselne winko, skręcając szafeczki do łazienki i wybierając kolor farby do pokoju – cały czas czekamy;)


niedziela, 4 maja 2008

Poczekaj Kiedyś Przyjedzie - czyli z PKP po kraju...

No to znowu jestem w Krakowie. Wypoczęta i pełna zapału do pracy:P Jednak nie tylko ja postanowiłam spędzić długi weekend w domu. Jako, że pogoda zapowiadała się piękna - chociaż potem spłatała małego figla:P - większość osób postanowiła skorzystać z kilku wolnych dni i wyjechać wypocząć za miasto, albo odwiedzić bliższą lub dalszą rodzinę.
No i wszystko byłoby pięknie gdyby nie fakt, że PKP znowu nie stanęło na wysokości zadania. Niestety, mimo, iż nie tak trudno przewidzieć, że po długim weekendzie podróżnych na pewno będzie więcej, nikt nie wpadł na pomysł dołączenia większej liczby wagonów. W związku z tym ostatnie osoby miały szansę wsiąść w Dębicy, a na kolejnych stacjach ludzie już tylko z niedowierzaniem patrzyli na wypchany do granic możliwości pociąg. Ci, którym udało się jeszcze jakoś wcisnąć - albo zostać siłą upchniętym (w Dębicy właśnie) - byli natomiast bardzo szczęśliwi, że w ogóle jadą... I tylko zastanawia mnie jak to jest możliwe, że w samym Środku Europy w XXI wieku standard podróżowania wygląda w ten sposób? Czy władze kolei naprawdę nie wiedzą o tych tłumach szturmujących pociągi przy okazji każdego długiego weekendu? Bo nie wierzę, żeby którakolwiek z tych osób tym pociągiem jeździła. Czy może ktoś wychodzi z założenia, że dostawianie kolejnych wagonów nie jest potrzebne, bo ludzie i tak kupią bilety i JAKOŚ się upchną - no chyba ze ktoś woli pięcio- lub sześcio- godzinną wycieczkę autobusem. Tak więc dobrze, że Łukasz zdecydował się wracać trochę wcześniej - bo małą mnie wepchnąć się udało, ale we dwójkę mielibyśmy spory problem.
Nie będę już pisać o punktualności pociągów bo wszyscy wiedzą jak ta kwestia wygląda. Powiem tylko, że pociąg jadący do Wrocławia już w Krakowie miał 40 minutowe opóźnienie - a myślę, że to i tak niezły wynik.
Smutna prawda jest taka, że dopóki PKP będzie monopolistą (a na zmianę tego stanu rzeczy raczej się nie zanosi), dopóty podróże pociągiem będą wyglądały podobnie. Ja od siebie mogę tylko powiedzieć, że cały zarząd PKP powinien mieć nakaz jeżdżenia koleją i wtedy może na jakieś zmiany byłby choć cień szansy. Ale to tylko takie moje małe życzenie...



sobota, 3 maja 2008

Szkolne lata

Ciekawe zdjęcia z mojej podstawówki i liceum znalazłem na naszej klasie. Pierwsze - zdjęcie wiślaków w naszej szkole (Frankowski, Żurawski, Kosowski i jakiś koleś, którego nie kojarze) z moim nauczycielem od WF (to ten pośrodku z wąsem) i z ówczesną dyrektorką szkoły. To było gdzieś w 8 klasie:


Jak się znaleźli w naszej szkole, to nie wiem. Przypuszczam, że maczał w tym palce mój nauczyciel od WF-u, bo bardzo często chodziliśmy z nim na Wisłę grać na ich boiskach treningowych, nie mówiąc już o darmowym basenie. Raz nawet graliśmy na głównym boisku z trybunami :)
Drugie zdjęcie - to dziedziniec mojego liceum za czasów kiedy do niego chodziłem:


Ciekawe, prawda? :) Chodząc normalnie do liceum nie zwracało się już na to szczególnej uwagi, ale teraz z perspektywy czasu trzeba przyznać, że dziedziniec ów był bardzo oryginalny :P


środa, 16 kwietnia 2008

wtorek, 15 kwietnia 2008

Aaaaaaalergia :|

Aaaaa no to sie zaczęło... wszystkie objawy na to wskazują... dopadło mnie uczulenie:( Katar mam straszny, oczy takie trochę jakby spuchnięte i zapłakane i czuję się strasznie - nic tylko iść spać... taaaa to może być tylko uczulenie:( A najgorsze, że metody na to nie ma żadnej. No bo niby mogę sobie połknąć garść tabletek, kropelków do nosa nakupić całą masę i wchłaniać to wszystko w ilościach ogromnych. I Chyba sama świadomość, że to połknęłam powinna mi pomóc bo tak naprawdę wszelkie dotychczas testowane na mnie specyfiki nie wykazały wspaniałych leczących właściwości - kicham dalej tak jak wcześniej, w związku z czym dzisiaj dla zwiększenia własnej wiedzy o "życiu i świecie" zajrzałam na portal dla alergików i dowiedziałam się, że przyczyną moich nieszczęść może być brzoza, która właśnie zaczyna pylić. Co więcej dowiedziałam się, że jest to druga, zaraz po pyłkach traw przyczyna uczuleń. Jeżeli tak to nie rozumiem zupełnie dlaczego w moim zestawie testów trawy były a brzoza już nie...? W sumie w tym zestawie nie byłoby wielu rzeczy, gdyby nie moja mała sugestia... Eh no cóż służba zdrowia idealna jak wiadomo nie jest. W tej chwili mogę sobie przynajmniej ponarzekać. I przynajmniej sama siebie nie słyszę bo przy tym wszystkim słuch jakoś też nie ten ;) Ale takie urządzenie to by się przydało :| Przynajmniej chusteczek by mi nie zabrakło:P

niedziela, 23 marca 2008

Święta...:)

Życzymy Wam zdrowych, spokojnych i rodzinnych Świąt Wielkanocnych, pełnych radosnej nadziei i odpoczynku od codziennych obowiązków. Na świątecznym stole samych pyszności, baaaardzo mokrego poniedziałku i dużo wiosennego słońca;)