poniedziałek, 5 maja 2008

Kraków jakiego nie znamy

Zagadka - w jakim miejscu zostało wykonane poniższe zdjęcie?


Jako, że pytanie to jest bardzo trudne, to kilka podpowiedzi, które choć troszeczkę ułatwią rozwiązanie zagadki:
  • to zdjęcie zostało wykonane w centrum Krakowa
  • zostało ono wykonane bardzo dawno
  • jestem przekonany, że niemal każdy kto był w Krakowie widział to miejsce przynajmniej z daleka
  • tego budynku już tam nie ma, jest za to budynek, którego większość osób zna usytuowanie
  • to, że ktoś jest z Krakowa wcale mu nie pomoże w odgadnięciu :P

niedziela, 4 maja 2008

Poczekaj Kiedyś Przyjedzie - czyli z PKP po kraju...

No to znowu jestem w Krakowie. Wypoczęta i pełna zapału do pracy:P Jednak nie tylko ja postanowiłam spędzić długi weekend w domu. Jako, że pogoda zapowiadała się piękna - chociaż potem spłatała małego figla:P - większość osób postanowiła skorzystać z kilku wolnych dni i wyjechać wypocząć za miasto, albo odwiedzić bliższą lub dalszą rodzinę.
No i wszystko byłoby pięknie gdyby nie fakt, że PKP znowu nie stanęło na wysokości zadania. Niestety, mimo, iż nie tak trudno przewidzieć, że po długim weekendzie podróżnych na pewno będzie więcej, nikt nie wpadł na pomysł dołączenia większej liczby wagonów. W związku z tym ostatnie osoby miały szansę wsiąść w Dębicy, a na kolejnych stacjach ludzie już tylko z niedowierzaniem patrzyli na wypchany do granic możliwości pociąg. Ci, którym udało się jeszcze jakoś wcisnąć - albo zostać siłą upchniętym (w Dębicy właśnie) - byli natomiast bardzo szczęśliwi, że w ogóle jadą... I tylko zastanawia mnie jak to jest możliwe, że w samym Środku Europy w XXI wieku standard podróżowania wygląda w ten sposób? Czy władze kolei naprawdę nie wiedzą o tych tłumach szturmujących pociągi przy okazji każdego długiego weekendu? Bo nie wierzę, żeby którakolwiek z tych osób tym pociągiem jeździła. Czy może ktoś wychodzi z założenia, że dostawianie kolejnych wagonów nie jest potrzebne, bo ludzie i tak kupią bilety i JAKOŚ się upchną - no chyba ze ktoś woli pięcio- lub sześcio- godzinną wycieczkę autobusem. Tak więc dobrze, że Łukasz zdecydował się wracać trochę wcześniej - bo małą mnie wepchnąć się udało, ale we dwójkę mielibyśmy spory problem.
Nie będę już pisać o punktualności pociągów bo wszyscy wiedzą jak ta kwestia wygląda. Powiem tylko, że pociąg jadący do Wrocławia już w Krakowie miał 40 minutowe opóźnienie - a myślę, że to i tak niezły wynik.
Smutna prawda jest taka, że dopóki PKP będzie monopolistą (a na zmianę tego stanu rzeczy raczej się nie zanosi), dopóty podróże pociągiem będą wyglądały podobnie. Ja od siebie mogę tylko powiedzieć, że cały zarząd PKP powinien mieć nakaz jeżdżenia koleją i wtedy może na jakieś zmiany byłby choć cień szansy. Ale to tylko takie moje małe życzenie...



sobota, 3 maja 2008

Szkolne lata

Ciekawe zdjęcia z mojej podstawówki i liceum znalazłem na naszej klasie. Pierwsze - zdjęcie wiślaków w naszej szkole (Frankowski, Żurawski, Kosowski i jakiś koleś, którego nie kojarze) z moim nauczycielem od WF (to ten pośrodku z wąsem) i z ówczesną dyrektorką szkoły. To było gdzieś w 8 klasie:


Jak się znaleźli w naszej szkole, to nie wiem. Przypuszczam, że maczał w tym palce mój nauczyciel od WF-u, bo bardzo często chodziliśmy z nim na Wisłę grać na ich boiskach treningowych, nie mówiąc już o darmowym basenie. Raz nawet graliśmy na głównym boisku z trybunami :)
Drugie zdjęcie - to dziedziniec mojego liceum za czasów kiedy do niego chodziłem:


Ciekawe, prawda? :) Chodząc normalnie do liceum nie zwracało się już na to szczególnej uwagi, ale teraz z perspektywy czasu trzeba przyznać, że dziedziniec ów był bardzo oryginalny :P


wtorek, 29 kwietnia 2008

Tyle zajęć a tak mało czasu :P

W końcu mam trochę wolnego czasu. No może nie tak do końca bo właśnie wróciłam z pracy i czekam na Łukasza, który się zbiera, żebyśmy mogli pójść na rower, ale można powiedzieć, że chwilę wolną mam:) W związku z tym postanowiłam uzupełnić zaległości blogowe, ponieważ ostatnio nie mieliśmy na to zupełnie czasu. Każdą wolną chwilę w przerwach między pracą, pisaniem pracy magisterskiej - idzie powoli, ale cały czas do przodu;) - oraz wizytami na uczelni poświęconymi zgłębianiu tajników logiki predykatów pierwszego rzędu i wszelkiego typu algebr, staramy się spędzać na zawnątrz albo ze znajomymi. No w końcu nie samą pracą człowiek żyje. A okazji do spotkań ostatnio było kilka:) We środę wybraliśmy się do akademika na mecz, a ponieważ nie tylko my wpadliśmy na ten pomysł, pokój Krzysia i Kuby prawie pękał w szwach, a Krzysiu, który trochę się spóźnił ledwo się zmieścił:P
W piątek odwiedziliśmy Ottawkę i Mateusza w ich nowym wspólnym mieszkaniu - czyli PARAPETÓWKA:) Trzeba przyznać, że ładnie się urządzili. No i wybrana przez nas kanapa przeszła testy pomyślnie. Jedynie puchaty dywan trochę ucierpiał, ale po szybkiej interwencji został uratowany:D Oczywiście Ottawka, jak zawsze się postarała. Takich ilości galaretki nie wchłonęłam już dawno. Eh, żarłok ze mnie straszny, zwłaszcza "na galaretkę":D Tak więc goście dopisali, pani strażnik też, i mimo, że tym razem również zostaliśmy upomniani, wizyty panów z policji udało się uniknąć ;)
W sobotę korzystając z pięknej pogody, oraz z naszej wspaniałej formy, postanowiliśmy zrealizowć piątkowe plany - Łukasz z Jackiem i Robkiem wybrali się na rowerach do Ojcowa, ja natomiast z Arusiem i jego koleżanką na rolki:) Aruś żeby się zrelaksować, a my - jak to zawsze dziewczyny - żeby pozbyć się nadmiernych ilości tłuszczyku, który tu i ówdzie mógł się nagromadzić przez zimę :P
Po tak męczącej końcówce tygodnia niedzielę przeznaczyliśmy na odpoczynek - no i trochę na magisterkę, bo od poniedziałku znowu praca, no i oczywiście kurs tańca - już 7 stopień :D
A na weekend jedziemy do Jasła. I już nie mogę się doczekać spotkania z dziwewczynami... :)
Eh... zapracowani jestesmy :P:P:P

poniedziałek, 21 kwietnia 2008

Wyzwanie to ubranie

Ta pani chyba naprawdę uwierzyła w kampanią promującą ubrania Americanos - wyzwanie to ubranie - i utwierdziła mnie w przekonaniu, że tak naprawdę wejść na jakiś szczyt to nie jest wyzwanie. Wyzwaniem jest tak naprawdę ubranie jakie mamy na sobie podczas takiej wspinaczki. A oto przykład odwagi i brawury przechodzącej w skrajną głupotę:


Ciekawe jakby sobie poradziła, gdyby jej tak przypadkiem jeden z tych górskich buciorów spadł z nóżki i musiała bidulka na bosaka na samą górę wychodzić. Z drugiej strony zamiast drwić - można powiedzieć po prostu, że miała obuwie, które świetnie trzymało się podłoża - dzięki czemu doskonale potrafiła wyczuć pod stopą każdą nieścisłość i nierówność powierzchni - jak rasowy alpinista :)
Zdjęcie wzięte z galerii http://www.goryonline.com/, którą gorąco wszystkim polecam ;)

środa, 16 kwietnia 2008

wtorek, 15 kwietnia 2008

Aaaaaaalergia :|

Aaaaa no to sie zaczęło... wszystkie objawy na to wskazują... dopadło mnie uczulenie:( Katar mam straszny, oczy takie trochę jakby spuchnięte i zapłakane i czuję się strasznie - nic tylko iść spać... taaaa to może być tylko uczulenie:( A najgorsze, że metody na to nie ma żadnej. No bo niby mogę sobie połknąć garść tabletek, kropelków do nosa nakupić całą masę i wchłaniać to wszystko w ilościach ogromnych. I Chyba sama świadomość, że to połknęłam powinna mi pomóc bo tak naprawdę wszelkie dotychczas testowane na mnie specyfiki nie wykazały wspaniałych leczących właściwości - kicham dalej tak jak wcześniej, w związku z czym dzisiaj dla zwiększenia własnej wiedzy o "życiu i świecie" zajrzałam na portal dla alergików i dowiedziałam się, że przyczyną moich nieszczęść może być brzoza, która właśnie zaczyna pylić. Co więcej dowiedziałam się, że jest to druga, zaraz po pyłkach traw przyczyna uczuleń. Jeżeli tak to nie rozumiem zupełnie dlaczego w moim zestawie testów trawy były a brzoza już nie...? W sumie w tym zestawie nie byłoby wielu rzeczy, gdyby nie moja mała sugestia... Eh no cóż służba zdrowia idealna jak wiadomo nie jest. W tej chwili mogę sobie przynajmniej ponarzekać. I przynajmniej sama siebie nie słyszę bo przy tym wszystkim słuch jakoś też nie ten ;) Ale takie urządzenie to by się przydało :| Przynajmniej chusteczek by mi nie zabrakło:P

sobota, 12 kwietnia 2008

Wołowina po burgundzku

Dzisiaj postanowiłem nas trochę rozpieścić i zrobić coś nowego do jedzenia na weekend. Wołowina po burgundzku :) Wszystkie składniki razem kosztowały ok. 20 zł. Czas przygotowania - ok. 30 minut, gotowanie ok. 3 godzin (wołowina gotuje się bardzo długo). Ten przepis jest na 4 porcje.

Składniki:
- 0,5 kg wołowiny (może być jakieś mięso gulaszowe - oczywiście wołowe)
- 10 dag boczku wędzonego
- kostka bulionu wołowego
- 1 duża marchewka
- 20 dag pieczarek
- 1 cebula
- szklanka wina czerwonego (wytrawne lub półwytrawne)
- trochę oleju (do smażenia)
- trochę mąki
- 1 ząbek czosnku
- łyżka przecieru pomidorowego
- liść laurowy
- pieprz, sól
- sos sojowy (nie jest wymagany)

Wołowinę i boczek skroić w kostkę (wielkość wedle uznania), następnie w garnku w którym będziemy to robić obsmażyć lekko na oleju pokrojone mięso. Kostkę bulionu wołowego rozpuścić we wrzątku (0,5 litra) i zalać nim mięso. Do tego dolać szklankę wina i dać na malutki ogień tak, żeby się dusiło. Pokroić cebulę w kostkę - dać do smażenia na patelni, następnie pokroić w plastry (raczej niezbyt cienkie) marchewkę i pieczarki i dodać do cebuli, kiedy ta się zeszkli. Warzywa chwilę dusić na patelni (ok. 10-15 minut), następnie opruszyć lekko mąką (w celu uzyskania gęstszej konsystencji) i wrzucić wszystko do garnka z mięsem. Do tego dodać liść laurowy oraz ząbek czosnku i pozostawić na ok. 3 godziny do duszenia aż mięso stanie się miękkie. Na końcu dodać łyżkę przecieru pomidorowego, dobrze wymieszać, zostawić jeszcze na 5 minut i doprawić do smaku solą i pieprzem. Voila!

Generalnie przepis jest bardzo prosty, ale należy pamiętać o tym, że wołowina długo się gotuje, więc jeśli chce się zjeść obiad o normalnej porze, to lepiej wcześniej to wszystko przygotować i dać do duszenia. Bo jeśli się tego nie zrobi wcześniej, to będziemy mieli zamiast obiadu - obiado-kolacje - tak jak my dzisiaj o godzinie 20 ;)
Smacznego :)

Nasi nowi sąsiedzi :)

Ten weekend - podobnie jak wszystkie ;)- spędzamy bardzo pracowicie. Wczoraj powitaliśmy Arusia i Jacka w sąsiedztwie i jak stara tradycja nakazuje oficjalnie "ochrzciliśmy" mieszkanie czyli mówiąc wprost - byliśmy na PARAPETÓWIE:) Impreza była bardzo udana, jedzenie pyszne a Jacek dbał, żeby napojów nikomu nie brakowało. A napoje... no cóż, akademikowa cytrynówka mówi sama za siebie;) Tłumy gości dopisały i szczerze mówiąc ciężko by było upchnąć więcej osób na takiej powierzchni - a mieszkanie jest całkiem spore. Była przemowa gospodarzy, tańce i "małe" karaoke, a "Wehikuł czasu" słychać było chyba w całym Krakowie.
Po odśpiewaniu jeszcze kilku hitów, a także dzięki bardzo przekonywującym namowom panów z policji, którzy nie chcieli się dać zaprosić do wspólnej zabawy, całe towarzystwo pod wodzą Arusia przeniosło się na miasteczko, gdzie można było szaleć do woli, pohuśtać się na huśtawkach albo zrobić zamek z piasku w piaskownicy:P Po tych szaleństwach mieliśmy jeszcze na tyle siły, żeby skorzystać z ciepłego wieczoru (a właściwie nocy) i odprowadzić Mateusza i Ottawkę do domu w ramach spaceru, a przy okazji omówić szczegóły dzisiejszej wyprawy do IKEI:)
Dzisiaj natomiast zrealizowaliśmy nasz wczorajszy plan w związku z czym Ottawka i Mateusz wybrali sofę a ja mam nowy fotel:D Niestety małe niedopatrzenie sprawiło, że zamiast czarnego przywieźliśmy biały... No cóż, jutro trzeba będzie go wymienić, a przy okazji kupimy nowy stół;) Eh, czasem dobrze czegoś niedopatrzeć - zawsze można odwiedzić sklep jeszcze raz;)
No a na koniec dodam jeszcze, że zapraszamy wszystkich bardzo serdecznie w nasze okolice - mieszkanka są ładne, do centrum dwa kroki, no i jakie sąsiedztwo ;D