wtorek, 13 lipca 2010

Krywań

W sobotę wybraliśmy się na Krywań - narodową górę słowaków. Jeden z najwyższych szczytów w Tatrach (2495m) jest stosunkowo łatwy do zdobycia, jedynie ostatnie podejście prowadzi trudniejszym skalnym terenem, gdzie przydałyby się łańcuchy - zwłaszcza podczas schodzenia. Generalnie można ten szlak porównać do wejścia na Kościelec, z tą różnicą, że na Krywań podejście jest bardziej strome. Szliśmy zielonym szlakiem, który przed ostatnim podejściem łączył się z niebieskim. Trasa ta jest bardzo przyjemna, cały czas idzie się niezbyt ostro pod górkę i pomimo znacznej różnicy wysokości nie jest aż tak męcząca. Dopiero na samym podejściu pod szczyt niebieskim szlakiem można się trochę zmęczyć, ale z drugiej strony jest to bez wątpienia najciekawsza część szlaku.
Różnica wysokości między Krywaniem a Doliną Koprową wynosi ok. 1400m (jest to najwyższa wysokość względna w Tatrach), co sprawia, że panorama z Krywania jest niesamowicie przestrzenna - widać stamtąd właściwie większość szczytów zarówno Tatr Wysokich jak i Zachodnich (widać chyba wszystkie najwyższe szczyty w Tatrach).
Tutaj są nasze zdjęcia z wycieczki:
http://picasaweb.google.pl/lchlebda/Krywan#



poniedziałek, 14 czerwca 2010

Jakubina

W piątek wybraliśmy się na zasłużony urlop w góry. Weszliśmy na Jakubinę - drugi najwyższy szczyt w Tatrach Zachodnich leżący już na Słowacji. Po drodze zaliczyliśmy Trzydniowiański Wierch, Kończysty Wierch i Jarząbczy Wierch. Trasa ta jest dosyć męcząca - zwłaszcza odcinek od Doliny Chochołowskiej do Trzydniowiańskiego Wierchu czerwonym szlakiem. Ludzi praktycznie nie było - na szczycie Jakubiny siedzieliśmy sami, może też dlatego, że był upał - w Krakowie było wtedy 35 stopni :)

czwartek, 10 czerwca 2010

Szwajcarii obraz nasz

W długi weekend skorzystaliśmy z zaproszenia Joanny i pojechaliśmy zobaczyć kawałeczek Szwajcarii. Kawałeczek był to nieduży, bo i czasu mieliśmy niewiele (4 dni), ale za to otarliśmy się porządnie o wszystko, z czym kojarzy się Szwajcaria.

Mi się zawsze kojarzyła z Alpami, serem, czekoladą i zegarkami. Alpy mogliśmy podziwiać właściwie cały czas. Sery jedliśmy codziennie, poza tym odwiedziliśmy mekkę serów w Szwajcarii - miasteczko Gruyeres, gdzie produkuje się słynne sery o tej samej nazwie co miejscowość. Byliśmy w muzeum połączonym z miejscem, gdzie robi się sery, także można było zobaczyć na żywo produkcję pysznego Gruyere. W miejscowym sklepie kupiliśmy też duuuużo różnych serów wraz z dwoma porcjami na founde. Sama miejscowość jest niezwykle urokliwa i doskonale wkomponowuje się w otaczający alpejski krajobraz.

W ten sam dzień odwiedziliśmy też fabrykę czekolady Cailler - Nestle w pobliskim Brok. Było tam też muzeum czekolady - chyba najlepsze muzeum w jakim byliśmy (szczerze mówiąc słowo muzeum nabiera w tym miejscu nowego znaczenia). Na końcu zwiedzania odbyła się degustacja czekoladek, które zjechały prosto z taśmy - chyba nigdy nie zjedliśmy tyle czekolady naraz.

Jeśli chodzi o zegarki, to niestety muzeum w Genewie było nieczynne - pozwiedzaliśmy jedynie samo miasto, widzieliśmy także mega fontanne (140 metrów) - historyczna pozostałość po systemie kanalizacyjnym.

Ponadto obejrzeliśmy także tutejszą katedrę z wielkimi drewnianymi drzwiami wysokości 4 i pół Ani :) Z wieży katedry roztaczał się ładny widok na całą Genewę.

Byliśmy też w pobliskim CERNie, jednak możliwość zwiedzenia całego kompleksu nas ominęła (rezerwacje są na pół roku do przodu). Ponadto zwiedziliśmy właściwie całe Jezioro Genewskie po stronie szwajcarskiej - z licznymi mały miasteczkami do złudzenia przypominającymi śródziemnomorskie miejscowości z ciągnącymi się dziesiątkami kilometrów winnicami, ciasnymi romańskimi uliczkami, małymi zameczkami (praktycznie każda mieścinka ma tam swój zamek, a niektóre nawet kilka) i wysokimi górami unoszącymi się zaraz nad taflą jeziora.

Dla mnie najlepsze z całej wycieczki były właśnie te urokliwe, żyjące własnym życiem miasteczka, w których brak było wielkiego ruchu i tysięcy turystów.


Jeżeli chodzi o samą Lozannę, gdzie przyjechaliśmy, jest to miasto położone na bardzo stromym zboczu i dlatego ma charakterystyczną architekturę. W wielu miejscach poziom ulicy równa się z poziomem dachów domów położonych niżej i odwrotnie. Czasami ciężko jest tam określić gdzie właściwie jest tu poziom zero :)

W ostatni dzień udało nam się także zwiedzić stare rzymskie miasteczko Martigny, a w nim m.in. muzeum motoryzacji z takimi oto cudami:

Na koniec jeszcze co do muzeów w Szwajcarii - byliśmy w sumie w 10 muzeach (niezły wynik jak na 4 dni zwiedzania) - geologii (nasze w A0 to przy tamtym śmiech na sali), archeologii, Darwina, serów, czekolady, muzeum na zamku, motoryzacji, Leonarda da Vinci, rzymskie i muzeum - galeria. Większość z tych muzeów stała na bardzo wysokim poziomie i biorąc pod uwagę w jak małych miejscowościach były niektóre z nich to robią naprawdę wielkie wrażenie. Jedynym minusem był w kilku przypadkach brak angielskich podpisów, ale poza tym w Polsce powinni brać przykład ze Szwajcarów. Przede wszystkim tamte muzea potrafią zaciekawić człowieka nawet najbardziej nieciekawym tematem i napewno warto wybrać się do większości z nich.
Ogólnie wyjazd był bardzo udany i napewno chcelibyśmy kiedyś do Szwajcarii wrócić. Jedyne co może zniechęcić nas od pojechania tam - to ceny - takie same jak u nas, tylko we frankach :)

Tutaj zamieściliśmy wszystkie nasze zdjęcia z wycieczki:
http://picasaweb.google.pl/lchlebda/Szwajcaria2010#


piątek, 30 kwietnia 2010

Wycieczka w Tatry z krokusem w tle

Dzisiaj wyjątkowo w piątek wybraliśmy się w góry. Wzięliśmy sobie wolne i w ostatni dzień kwietnia, który był wyjątkowo ciepły pojechaliśmy podziwiać budzącą się w Tatrach wiosnę. Poszliśmy przez Dolinę Kościeliską aż do Hali Ornak, potem na Przełęcz Iwaniacką, a dalej chcieliśmy wyjść na Ornak. Spodziewaliśmy się oczywiście dużej ilości śniegu, ale myśleliśmy, że będzie on choć trochę zbity. Szlak na Ornak był bardzo kiepski - mokry i śliski śnieg był trudny do pokonania, w dodatku nie chcieliśmy schodzić tą samą drogą, bo nachylenie było spore, co znacznie utrudniało zejście. Wejść zawsze jest prościej, zwłaszcza po śniegu. Byliśmy gdzieś w połowie drogi, kiedy spotkaliśmy schodzące z góry dwie osoby. Powiedzieli nam, że goprowcy na górze odradzili im zejście przez Starorobociańską Dolinę i dlatego schodzą tędy. Nie trzeba się było długo zastanawiać, żeby stwierdzić, że dalsza droga nie ma sensu, bo zejście stąd byłoby bardzo męczące. I tak zawróciliśmy się na Przełęcz Iwaniacką. Za to dzięki temu na samej przełęczy posiedzieliśmy z godzinę lężąc wśród krokusów na pełnym słońcu :)
Tutaj są nasze zdjęcia z wycieczki:


niedziela, 11 kwietnia 2010

wtorek, 26 stycznia 2010

Panna Cotta - nowy przysmak Łukasza ;)

Z powodu panujących ostatnio mrozów dużo czasu - a właściwie można powiedzieć, że cały czas - spędzamy w domu. Łukasz uczy się do egzaminu na prawo jazdy a ja przeprowadzam małe eksperymenty kulinarne... W końcu muszę zadbać o męża, żeby mu się dobrze uczyło;) Ostatnio w ramach testowania różnych słodkości postanowiłam przygotować włoski deser panna cotta. No i cóż test się udał:D

Rodzajów panna cotta jest dużo, ja wybrałam panna cotta z białą czekoladą. Ummm.... mniam :D
Przygotowanie deseru jest bardzo proste i zajmuje ok 20 min.
Przepis na 4 duże porcje lub na 6 mniejszych.

Tak więc panna cotta z białą czekoladą:

400 ml śmietany 30% (2 kubeczki)
1 szklanka mleka
200 g białej czekolady (2 tabliczki)
3 łyżeczki żelatyny
1/4 szklanki wody
dodatki

We wrzącej wodzie rozpuścić żelatynę i pozostawić do ostygnięcia.
Do garnka wlać mleko, śmietanę i wrzucić połamaną na kawałki czekoladę. Całość podgrzewać na małym ogniu (tak żeby nie doprowadzić do zagotowania), aż czkolada całkowicie się rozpuści (tak, żeby nie zostały grudki). Wlać rozpuszczoną, ostudzoną żelatynę i dokładnie wymieszać. Tak przygotowaną "masę" przelać do miseczek i pozostawić do ostygnięcia, a następnie włożyć do lodówki na ok 3h.
Miseczki mają nadać deserowi kształt. Po zmrożeniu, deser wykładamy delikatnie z miseczki na talerzyk (do góry dnem).
Panna cotta może być podawana z różnymi dodatkami - musami owocowymi oraz owocami (np: aronią), dżemem, orzechami, startą gorzką czekoladą... Jednym słowem z czym kto lubi:)

Deser jest nietypowy, pyszny i bardzo prosty w przygotowaniu. Polecam;)


sobota, 23 stycznia 2010

Kasprowy - Beskid zimą

Dzisiaj wybraliśmy się z Anią w Tatry korzystając ze świetnej pogody. Nie przestraszył nas siarczysty 20 - stopniowy mróz, zresztą w Tatrach w taką pogodę jak zwykle inwersja temperatury i tak na Kasprowym było "jedyne" -10. Uniak tym razem okazał się być posłysznym i dał radę :) Poszliśmy zielonym szlakiem z Kuźnic na Kasprowy Wierch i chyba byliśmy jedynymi, którzy szli tym szlakiem, gdyż nie spotkaliśmy po drodze ani jednej osoby. To dość niespotykane w Tatrach. Niestety na samym Kasprowym totalna masakra - masa ludzi w szalikach biało - czerwonych z okazji pucharu świata w skokach w Zakopanem zrobili z najbardziej znanej polskiej góry istny cyrk. Co ciekawe, wracając szlakiem przez Halę Gąsienicową spotkaliśmy jedynie 2 osoby, także dzisiaj kolejka na Kasprowym musiała kursować non stop. Jeśli chodzi o śnieg, to na górze dosyć sporo - ok. 80cm, natomiast na Hali Gąsienicowej bardzo mało - ok. 15cm. Także jeszcze trochę trzeba będzie poczekać na prawdziwą zimę także w niższych partiach Tatr.
Tutaj są zdjęcia z naszej wycieczki:
http://picasaweb.google.pl/lchlebda/KasprowyWierchBeskidZima#

niedziela, 17 stycznia 2010

20 stopień zasilania ? :P

Od paru lat kolejne rządy zastanawiają się co zrobić, żeby zwiększyć liczbę urodzeń. Wprowadzono "becikowe", trwają dyskusje nad wydłużeniem urlopów macierzyńskich czy wprowadzeniem urlopów "tacierzyńskich". Skomplikowane procedury, ustawy, przepisy... A tak radzą sobie z tym problemem inni: Wielka Brytania - "baby boom". No i porsze jakie to proste :D :P